Tag Archives: Orlando Magic

Wschód drży w posadach

Ten sezon na Wschodzie NBA może zmienić wszystko. I choć to dopiero pierwsze 11-14 spotkań sezonu, już widać, że układ sił uległ poważnej zmianie.

Deron Williams, lider Brooklyn NetsJak wyglądały ostanie cztery lata na Wschodzie NBA? Był to okres dominacji pięciu zespołów, które w sezonie zasadniczym rządziły i dzieliły. Przyjrzałem się wszystkim drużynom, które w latach 2008-12 zakwalifikowały się do play-offów i czołówka takiego rankingu jest dość prosta i oczywista (według procent zwycięstw):

  1. BOSTON Celtics                   66,0 %
  2. ORLANDO Magic                65,8 %
  3. CHICAGO Bulls                   63,0 %
  4. MIAMI Heat                         62,5 %
  5. ATLANTA Hawks                59,3 %

Jedynym zespołem poza tą piątką, który w tym okresie był na plusie, było Cleveland Cavaliers (52,5 proc.) – oczywiście dzięki dwóm sezonom z LeBronem Jamesem w składzie. Ale tylko wymienione pięć zespołów zawsze miało wynik powyżej 50 proc. i pewny awans do play-offów.

Jeszcze wyraźniej dominację tej piątki obrazuje zestawienie według zajmowanych na koniec sezonu pozycji (dodane miejsca przez cztery sezony, podzielone przez liczbę sezonów) :

  1. MIAMI Heat                         3,5
  2. BOSTON Celtics                  3,5
  3. ORLANDO Magic               3,75
  4. ATLANTA Hawks             4
  5. CHICAGO Bulls                   4,25

Kolejne ekipy w tym rankingu: Cleveland Cavaliers i Indiana Pacers osiągnęły wynik 7,5 – co w praktyce oznacza, że tylko co drugi sezon awansowały do play-offów.

Nadchodzi nowa fala

Jak wygląda ten sezon? Gdyby rozstrzygać po 11-14 rozegranych dotychczas meczach, w play offach nie byłoby ani Chicago Bulls, ani Orlando Magic, a Boston Celtics zajeliby 8 miejsce, odpadając najprawdopodobniej w pierwszej rundzie z Miami Heat (choć nigdy nie wiadomo).

Na pierwszy rzut oka powód wydaje się oczywisty. Drużyny te straciły swoje gwiazdy, albo przez kontuzje, albo przez zmianę barw klubowych – Derrick Rose z Chicago leczy uraz, Dwight Howard zamienił Florydę na Kalifornię, a Ray Allen – wręcz przeciwnie z chłodnego Massachusetts udał się do Miami.

Ale co z tego? Pomijając drużyny Heat i Nets, większość z czołowej ósemki na Wschodzie ma jakieś braki:

New York Knicks (nr 2) grają bez Amare Stoudemire’a i wymienili połowę składu,

Atlanta Hawks (nr 3) pozbyła się najlepszego gracza i strzelca Joe Johnsona i podobnie jak Nowojorczycy wymieniała dość ważnych graczy,

Philadelphia 76ers (nr 7) nie mają już Andre Iguodali i Louisa Williamsa, a ten, który miał poprowadzić drużynę ku świetlanej przyszłości (Andrew Bynum) w tym roku już na pewno nie zagra,

Charlotte Bobcats (nr 5) byli w zeszłym sezonie najgorszą drużyną w historii NBA. A w tym i tak grają bez swojego lidera z zeszłego sezonu Geralda Hendersona czy Coreya Magette. Ich główny rozgrywający DJ Augustin trafił do Indiany.

Najbardziej stabilni są Milwaukee Bucks (nr 6), gdzie już w zeszłym sezonie niedoceniany, a moim zdaniem jeden z najlepszych rzucających obrońców NBA, Monta Ellis, zastąpił wiecznie kontuzjowanego Andrew Boguta. Co ciekawe obie strony tej transakcji (Bucks i Warriors) wyśli na tym nieźle – Ellis ciągnie Bucks do przodu, a Warriors bez Ellisa (i kontuzjowanego Boguta) wreszcie zaczęli bronić.

Starzy liderzy do odstawki

Tak drastycznej wymiany czołówki wschodniej konferencji nie widzieliśmy od lat. Czy to zmiana trwała? Na to się zanosi.

Orlando Magic Dwighta, pod wodzą chimerycznego Jameera Nelsona nie jest już tą drużyną co kiedyś. Na dodatek zniknęli obiecujący Ryan Anderson i weteran Jason Richardson.

Chicago Bulls, nawet uwzględniając brak Rose’a, gra po prostu słabo. Do indolencji multimilionera Carlosa Boozera można się jakoś przyzwyczaić, ale taki Joakim Noah ma jeden z najgorszych sezonów w karierze pod względem zbiórek, bloków i skuteczności z gry. Jeśli do tego dołożymy pozbycie się na prawdę wartościowych zmienników – CJ Watsona, Kyle’a Korvera i Omera Asika (świetnie mu idzie w Houston), trudno znaleźć argumenty, by Chicago miało jakieś większe szanse być w Top 4 swojej konferencji.

Boston Celtics jest na etapie przebudowy. Odejście Allena nie jest wcale taką tragedią (w końcu przyszedł „Jet” Terry), ale wygląda na to, że bez odmłodzenia Celtowie też będą mieli kłopoty z miejscem w Top 4.

Nawet gdyby drużyny te wykorzystały swój potencjał maksymalnie, na horyzoncie pojawili się nowi, silni rywale – New York Knicks i Brooklyn Nets. To oni teraz dołączą do Miami Heat w czołówce konferencji. Tą czwartą ekipą teoretycznie powinna być Atlanta, Joe Johnsona i Kirka Hinricha na obwodzie zastąpili Lou Williams, Kyle Korver, Anthony Morrow i Devin Harris, a Anthony Tolliver jest równie dobrym graczem co Marvin Williams – choć zdecydowanie niedocenionym.

Ciekawe drużyny mają w Milwaukee i Cleveland – ale Ci ostatni nie pokazują jeszcze gry na miarę swoich możliwości.

Jakby na to nie patrzeć, wbrew tytułowi książki Ericha Marii Remarque’a – na Wschodzie ciągłe zmiany. Do lutego powinny się z nich wyłonić drużyny, które przez następne kilka lat, mogą rządzić w NBA. Warto to obserwować. Choćby dlatego, że przetasowanie sił oznacza często pojawienie się nowych gwiazd. A oglądanie jest tym, co najbardziej ekscytujące.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Gortat a All-Star Game

Czy polski jedynak w NBA po przeprowadzce do Phoenix Suns może stać się prawdziwą gwiazdą? Nie sądzę.

Marcin Gortat musi chwycić nadarzającą się okazję na zrobienie kariery

Zdania speców od NBA są w tej sprawie, można rzec, że jak zwykle, podzielone. Jedni uważają, że kilka meczy z podwójnymi zdobyczami punktowymi i zbiórkami to za mało, zdaniem innych, to w połowie zasługa Steve’a Nasha (sam Gortat tak twierdzi), a optymiści wieszczą, że to tylko początek. Gdy tylko Gortat wdroży się w naoliwione podaniami Nasha granie zespołowe, droga do prawdziwego sukcesu stanie przed nim otworem.

Dlaczego daleko mi do optymizmu:

1) Gortat ma problem z rzutami z dystansu

Polskiemu centrowi brakuje automatyzmu. Nikt nie wymaga od niego, by rzucał podobnie jak o kilka centymetrów niźsi Carlos Boozer, David West czy Elton Brand. Ale bez skuteczności z dystansu jego gra jest czytelna dla przeciwnika. Po pick-and-rollu, po którym przeciwnik zamyka mu możliwość wejście pod kosz Gortat przestaje być dużym zagrożeniem w ofensywie.A na pick-and-pop jest za słaby.

Najlepszy przykład to mecz z Oklahoma City Thunder z 4 lutego 2011, gdy kilkakrotnie zmuszony był rzucać z 5-7 metrów po pick-and-rollach i w efekcie miał skuteczność rzutów z gry 3 na 10 .

http://www.basketball-reference.com/boxscores/201102040PHO.html

2) Gortat nie jest agresywny w walce pod tablicami przeciwnika

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Polak to klasyczny walczak. Tylko czemu zdarzają mu się mecze, gdy zbierając 8-10 piłek żadnej nii zdobywa w ataku? Polak nie idzie po rzucie kolegów do zbiórek. Sporo mógłby się tu nauczyć choćby od Paula Millsapa z Utah czy od Chuckye’ego Hayesa z Rockets. Za oboma nie przepadam, ale ich skuteczność pod tablicami jest imponująca.

Brak zbiórek w ataku niesie za sobą spadek efektywności Gortata. Jego zespół ma niejsze szanse na ponawiania akcji, a on na więcej punktów z dobitek lub wolnych, ewentualnie na więcej asyst z odegrań na obwód. Aż prosi się, by powielić model z Orlando z Dwightem Howardem – grę inside-outside (najlepiej sprzed 2-3 lat). Ale do tego trzeba zbiórek w ofensywie lub przynajmniej takiej gry, by rywale uważali, że Gortat jest na tyle groźny, że trzeba go podwajać.

Na koniec przykład liczbowy. Polak w Phoenix zbiera średnio w ataku 1,6 piłki na mecz w 25 minut (na 10 lutego 2011).  Niemal identyczny wskaźnik miał w Orlando, gdy grając ok. 16 minut zbierał 1,5 piłki. Lepszą średnią może się obecnie pochwalić w NBA aż 47 koszykarzy. Z czego aż 25 spędzających średnio na parkiecie od 15 do 29 minut.

Są wśród nich takie tuzy jak: JaValee McGee, Kris Humphries, Amir Johnson, Greg Monroe, DeAndre Jordan, Darko Milicic, Derrick Favors czy Jordan Hill. I to oni (może poza Hillem) są bliżej wielkiej kariery niż Gortat.

3) There is no future without Nash

Każdy, kto widział przynajmniej kilka meczy Gortata w Suns, musi przyznać, że Nash kreuje grę Polaka. Kanadyjczyk lubi pick-and-rolle, Polak ma problemy z grą jakichkolwiek innych zagrywek w ataku.

I tu są dwa kłopoty. Po pierwsze Nash ma 37 lat, a że blisko mu do emerytury, włodarze klubu chcieliby na nim coś jeszcze zyskać, stąd plotki o transferze Kanadyjczyka. Bez Nasha nie ma wiele Gortata w ataku. Drugi rozgrywający Goran Dragić, choć w poruszaniu się po boisku Nasha przypomina (charakterystyczne biegi okrążające i crossy przez obronę) nie tylko nie podaje tak dobrze (6 as. na 36 minut przy 12 asystach Nasha w tym samym czasie), ale na dodatek niechętnie podaje Polakowi (przypomina się Jameer Nelson). Jest jeszcze trzeci rozgrywający – Zabian Dowdell, ale to wielka niewiadoma (dużo prostych błędów).

Wszystko to, co napisałem nie znaczy, że Polak nie jest wartościowym graczem. Jako facet od czarnej roboty sprawdza się doskonale. Ale statusu gwiazdy w NBA i uczestnictwa w meczach All Star (choćby raz!) nie osiąga się czarną robotą. I nawet jeśli ktoś poda przykład Denisa Rodmana to Polakowi do „Robaka” brakuje jednak podobnych umiejętności zbierania piłek.  Zwłaszcza w ataku.

Pomimo tych wszystkich uwag jestem przekonany, że przenosiny Gortata do Phoenix to krok do przodu. Powodzenia!

Photo – Source: flickr.com, Author: ebabyenglish2

3 Komentarze

Filed under NBA