Monthly Archives: Listopad 2012

Wschód drży w posadach

Ten sezon na Wschodzie NBA może zmienić wszystko. I choć to dopiero pierwsze 11-14 spotkań sezonu, już widać, że układ sił uległ poważnej zmianie.

Deron Williams, lider Brooklyn NetsJak wyglądały ostanie cztery lata na Wschodzie NBA? Był to okres dominacji pięciu zespołów, które w sezonie zasadniczym rządziły i dzieliły. Przyjrzałem się wszystkim drużynom, które w latach 2008-12 zakwalifikowały się do play-offów i czołówka takiego rankingu jest dość prosta i oczywista (według procent zwycięstw):

  1. BOSTON Celtics                   66,0 %
  2. ORLANDO Magic                65,8 %
  3. CHICAGO Bulls                   63,0 %
  4. MIAMI Heat                         62,5 %
  5. ATLANTA Hawks                59,3 %

Jedynym zespołem poza tą piątką, który w tym okresie był na plusie, było Cleveland Cavaliers (52,5 proc.) – oczywiście dzięki dwóm sezonom z LeBronem Jamesem w składzie. Ale tylko wymienione pięć zespołów zawsze miało wynik powyżej 50 proc. i pewny awans do play-offów.

Jeszcze wyraźniej dominację tej piątki obrazuje zestawienie według zajmowanych na koniec sezonu pozycji (dodane miejsca przez cztery sezony, podzielone przez liczbę sezonów) :

  1. MIAMI Heat                         3,5
  2. BOSTON Celtics                  3,5
  3. ORLANDO Magic               3,75
  4. ATLANTA Hawks             4
  5. CHICAGO Bulls                   4,25

Kolejne ekipy w tym rankingu: Cleveland Cavaliers i Indiana Pacers osiągnęły wynik 7,5 – co w praktyce oznacza, że tylko co drugi sezon awansowały do play-offów.

Nadchodzi nowa fala

Jak wygląda ten sezon? Gdyby rozstrzygać po 11-14 rozegranych dotychczas meczach, w play offach nie byłoby ani Chicago Bulls, ani Orlando Magic, a Boston Celtics zajeliby 8 miejsce, odpadając najprawdopodobniej w pierwszej rundzie z Miami Heat (choć nigdy nie wiadomo).

Na pierwszy rzut oka powód wydaje się oczywisty. Drużyny te straciły swoje gwiazdy, albo przez kontuzje, albo przez zmianę barw klubowych – Derrick Rose z Chicago leczy uraz, Dwight Howard zamienił Florydę na Kalifornię, a Ray Allen – wręcz przeciwnie z chłodnego Massachusetts udał się do Miami.

Ale co z tego? Pomijając drużyny Heat i Nets, większość z czołowej ósemki na Wschodzie ma jakieś braki:

New York Knicks (nr 2) grają bez Amare Stoudemire’a i wymienili połowę składu,

Atlanta Hawks (nr 3) pozbyła się najlepszego gracza i strzelca Joe Johnsona i podobnie jak Nowojorczycy wymieniała dość ważnych graczy,

Philadelphia 76ers (nr 7) nie mają już Andre Iguodali i Louisa Williamsa, a ten, który miał poprowadzić drużynę ku świetlanej przyszłości (Andrew Bynum) w tym roku już na pewno nie zagra,

Charlotte Bobcats (nr 5) byli w zeszłym sezonie najgorszą drużyną w historii NBA. A w tym i tak grają bez swojego lidera z zeszłego sezonu Geralda Hendersona czy Coreya Magette. Ich główny rozgrywający DJ Augustin trafił do Indiany.

Najbardziej stabilni są Milwaukee Bucks (nr 6), gdzie już w zeszłym sezonie niedoceniany, a moim zdaniem jeden z najlepszych rzucających obrońców NBA, Monta Ellis, zastąpił wiecznie kontuzjowanego Andrew Boguta. Co ciekawe obie strony tej transakcji (Bucks i Warriors) wyśli na tym nieźle – Ellis ciągnie Bucks do przodu, a Warriors bez Ellisa (i kontuzjowanego Boguta) wreszcie zaczęli bronić.

Starzy liderzy do odstawki

Tak drastycznej wymiany czołówki wschodniej konferencji nie widzieliśmy od lat. Czy to zmiana trwała? Na to się zanosi.

Orlando Magic Dwighta, pod wodzą chimerycznego Jameera Nelsona nie jest już tą drużyną co kiedyś. Na dodatek zniknęli obiecujący Ryan Anderson i weteran Jason Richardson.

Chicago Bulls, nawet uwzględniając brak Rose’a, gra po prostu słabo. Do indolencji multimilionera Carlosa Boozera można się jakoś przyzwyczaić, ale taki Joakim Noah ma jeden z najgorszych sezonów w karierze pod względem zbiórek, bloków i skuteczności z gry. Jeśli do tego dołożymy pozbycie się na prawdę wartościowych zmienników – CJ Watsona, Kyle’a Korvera i Omera Asika (świetnie mu idzie w Houston), trudno znaleźć argumenty, by Chicago miało jakieś większe szanse być w Top 4 swojej konferencji.

Boston Celtics jest na etapie przebudowy. Odejście Allena nie jest wcale taką tragedią (w końcu przyszedł „Jet” Terry), ale wygląda na to, że bez odmłodzenia Celtowie też będą mieli kłopoty z miejscem w Top 4.

Nawet gdyby drużyny te wykorzystały swój potencjał maksymalnie, na horyzoncie pojawili się nowi, silni rywale – New York Knicks i Brooklyn Nets. To oni teraz dołączą do Miami Heat w czołówce konferencji. Tą czwartą ekipą teoretycznie powinna być Atlanta, Joe Johnsona i Kirka Hinricha na obwodzie zastąpili Lou Williams, Kyle Korver, Anthony Morrow i Devin Harris, a Anthony Tolliver jest równie dobrym graczem co Marvin Williams – choć zdecydowanie niedocenionym.

Ciekawe drużyny mają w Milwaukee i Cleveland – ale Ci ostatni nie pokazują jeszcze gry na miarę swoich możliwości.

Jakby na to nie patrzeć, wbrew tytułowi książki Ericha Marii Remarque’a – na Wschodzie ciągłe zmiany. Do lutego powinny się z nich wyłonić drużyny, które przez następne kilka lat, mogą rządzić w NBA. Warto to obserwować. Choćby dlatego, że przetasowanie sił oznacza często pojawienie się nowych gwiazd. A oglądanie jest tym, co najbardziej ekscytujące.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Czy odsiecz pomoże Lakersom?

Wszystko odbyło się jak na przyspieszonym filmie: fatalny bilans spotkań przedsezonowych (0-8) i równie słabe pierwsze pięć meczów sezonu, w których Los Angeles Lakers wygrali tylko raz – Mike Brown, coach Jeziorowców pożegnał się ze stanowiskiem. I gdy wydawało się, że na fotel trenerski LA Lakers powróci Phil Jackson, trener legenda, nowym szkoleniowcem drużyny z Miasta Aniołów został Mike D’Antoni.

Steve Nash i Mike D'AntoniPhil Jackson nie dość, że chciał za dużo pieniędzy, to jeszcze (z powodów zdrowotnych) nie chciał brać udziału w części z wyjazdowych meczów swojej drużyny. Fajnie byłoby, zobaczyć znów opanowanego Jaxa na ławce Lakersów, ale trener za 10 milionów dolarów rocznie, którego nie ma na jednej trzeciej spotkań drużyny? To chyba przesada. Nic więc dziwnego, że Lakersi postawili na kogoś innego.

Czy były coach Phoenix Suns i New York Knicks – Mike D’Antoni – poprowadzi ekipę z LA do zwycięskiego finału? Bo w końcu o to chodzi duetowi Jerry Buss-Mitch Kupchak, którzy go zatrudnili.
Oto kilka ZA i jeszcze więcej PRZECIW:

UDA MU SIĘ
1. Trudno znaleźć duet, który łączy większa chemia niż Steve Nash i Mike D’Antoni. Suns dokonali za panowania obu Panów (jednego na boisku, a drugiego na ławce trenerskiej) prawie tyle samo, co w najbardziej chlubnym okresie klubu z Phoenix – czyli za czasów Barkleya, Majerle czy KJ-a. Teraz znów są razem.

2. D’Antoni to trener, który nie doprowadza do wielkich konfliktów w drużynie. Dokładna odwrotność wymienianego wśród kandydatów do fuchy w LA – Stana Van Gundy. A w kalejdoskopie gwiazd trzeba umieć zadowolić każdą. D’Antoniemu do tego najbliżej.

DA CIAŁA
1. Drużyny D’Antoniego to mistrzowie run’n’gun, gdzie akcje trwają po 7 sekund. Do tego trzeba mieć siły i szybkich koszykarzy. Zajrzyjmy więc do metryk:
Nash – 38 lat, Jamison – 36 lat, Bryant – 34 lata, Artest – 33 lata, Blake – 32 lata, Gasol – 32 lata

Czy Panowie dadzą radę? Nie sądzę. Chyba, że nie będzie run’n’gun.

2. Argument jak powyżej – wymarzonym systemem gry D’Antoniego jest gra niskim, szybkim składem (small ball). A żeby „run” miał odpowiedni „gun” potrzeba dobrych strzelców obwodowych. A tu – oprócz Bryanta i Nasha oraz od biedy Blake’a (choć to facet który jednego dnia może mieć dzień konia, a drugiego należy go jak najszybciej zdjąć) – jest raczej słabo.

Zresztą w LA w tym sezonei dzieje się coś dziwnego – całkiem przyzwoici strzelcy dystansowi – Blake, Jamison i zwłaszcza Meeks są cieniem samych siebie.

3. Jeśli small ball, to po co Lakersom Dwight Howard i Pau Gasol? Czyżby kultura pick’n’rolla i gry insi de-ouside? A co wtedy z Bryantem? Idąc za słowotwórstwem redaktora Michałowicza (pozdrawiam) – czyżby Kobie miał sobie w tym sezonie „niepopenetrować”? Ci, którzy trochę meczów Lakers widzieli, wiedzą, że Bryant jednego dnia potrafi zagrać jak Jordan w najlepszych latach, a innego grać prawie przeciwko własnej drużynie. Frustracja mu widać nei służy. A taka sytuacja może go trochę wyprowadzić z równowagi.

4. Jeśli D’Antoni zaufa Nashowi i to na nim oprze grę – co jest bardzo prawdopodobne – ego Kobe Bryanta mocno ucierpi. Dwóch liderów to o jednego za dużo.

5. I argument nie mający nic wspólnego z D’Antonim. Koszykówka to gra zespołowa. Nie wygrywają w niej zespoły złożone z samych gwiazd. Lecz te, którym uda się zbilansować gwiazdorstwo z ekipą od czarnej roboty. Nawet Heat i Celtics – ze ich tercetami supergwiazd – zajęło chwilę zanim udało się znaleźć równowagę między gwiazdorstwem, a zadani owcami.

Lakers nie wyglądają na drużynę zrównoważoną. Pięć dużych ego nie wspiera doskonała ławka (choć osobiście prze lata byłem fanem Antawna Jamisona). To wygląda dobrze tylko na papierze – na boisku Meeks, Blake, Jamison i Hill – wypadają blado.
Przygoda w Knicks pokazała, że D’Antoni ma kłopot z bilansowaniem drużyny. Co nie znaczy, że można go przekreślać.

No i na koniec całkowicie spóźniona rekomendacja – na miejscu Panów Bussa i Kupchaka postawiłbym na Nate’a McMillana. Jego Blazersi byli naprawdę świetną drużyną. Choć bez wielkich sukcesów. Może to zadecydowało?

A oto, co Nash sądzi o D’Antonim – w swobodnym wywiadzie sprzed pół roku:

1 komentarz

Filed under NBA