Monthly Archives: Styczeń 2014

Marcowe szaleństwo warte miliard

 – NBA interesuje się głównie dlatego, że wyniki są przewidywalne i nadaje się do obstawiania – powiedział mi niedawno znajomy. Bez względu na to, czy jest to hazard amatorski czy już uzależnienie, ktoś będzie mógł na tym nieźle zarobić.

Jedna z największych w USA firm udzielających kredytów hipotecznych – Quicken Loans – ufundowała właśnie mega nagrodę za poprawne typowanie koszykarskich wyników. Ten, kto bezbłędnie wypełni NCAA March Madness bracket – tabelkę finałowych rozgrywek akademickich zmagań koszykarskich otrzyma nagrodę wartą miliard dolarów.  Ubezpieczycielem, który przejmie na siebie ryzyko związane z wygraną jest Berkshire Hathaway, firma Warrena Buffeta, jednego z najbogatszych ludzi świata.

Quicken Loans jest związane z koszykówką na poważnie. Główny udziałowiec spółki – Dan Gilbert – jest właścicielem Cleveland Cavaliers. Hala Kawalerzystów nosi zresztą nazwę firmy.

Do zdobycia nagrody trzeba mieć nie tylko wiedzę i szczęście, ale też całkiem niezłe zdrowie. Główna nagroda będzie wypłacana bowiem w 40 ratach po 25 mln dol. Chyba, że szczęśliwy zwycięzca lub zwycięzcy będą chcieli płatność jednorazową – wtedy nagroda wynosi 500 mln dol. Dodatkowo 20 najlepszych typujących otrzyma od Quicken Loans 100 tys. dol. na zakup lub remont domu.

Zdobycie miliarda nie będzie wcale proste. Jak wyliczył matematyk z Uniwersytetu DePaul – prof. Jeff Bergen – szansa na poprawne rozpisanie wyników, w których bierze udział 68 drużyn akademickich wynosi 9,2 tryliona do jednego. Nic dziwnego, że nigdy jeszcze w historii amerykańskiej koszykówki nikt nie odgadł poprawnie, pełnej końcowej tabeli rozgrywek, choć wystarczy wytypować zwycięzców poszczególnych spotkań.

Amerykanie szaleją na punkcie March Madness. W wielu stanach rozgrywki koszykarskiej ligi akademickiej NCAA są popularniejsze od NBA. Przed marcowymi finałami tabelkę skrupulatnie rozpisuje nawet prezydent Barack Obama – tu jego ostatnie typy, które oczywiście się nie sprawdziły. Ale – i tu należą się Obamie brawa – wytypował poprawnie jednego z uczestników finału – Louisville:

Niestety warunki krańcowe wykluczają Polaków z walki o miliard. Startujący muszą mieć amerykańskie obywatelstwo i skończone 21 lat.

Zapraszam do polubienia profilu Fastbreak.pl na Facebooku – wystarczy kliknąć tutaj

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NCAA

Ryzykowna droga prawdziwych Celtów

Boston pozbył się właśnie najlepszego podającego i trzeciego najlepszego strzelca w zamian za podstarzałego centra i dwa niepewne wybory w drafcie. Czy tak ma wyglądać budowa wielkich Celtów?

Są drużyny, których generalni menedżerowie nie przestają mnie zadziwiać. I tak pozbycie się przez Bulls Luola Denga, nawet jeśli ma sens finansowy, znacznie ograniczyło możliwości trenerowi Thibodeau. Nawet tak świetny coach niewiele może zrobić z krótką ławką i notorycznie kontuzjowanymi Rose’m i Butlerem. Bulls mają więc zespół tańszy, ale czy lepszy? Śmiem wątpić. Chicago dostało kilka picków, ale co z tego?

Jeszcze w stroju Celtów Marshon Brooks i Jordan Crawford gonią OJ Mayo (USA Today)

Jeszcze w stroju Celtów Marshon Brooks i Jordan Crawford gonią OJ Mayo (USA Today)

Poprzedzany loterią draft, sam jest rodzajem gry hazardowej. Bo przyszłość 60 chłopaków, którzy są w nim wybierani jest wielką niewiadomą. Ostatnie lata pokazały, że dokonanie dobrego wyboru nawet, gdy ma się jeden z pierwszych dziesięciu picków, wcale nie jest proste. Lista nieudanych picków z Top Ten jest długa i z każdym rokiem robi się coraz dłuższa.

Tym większe zdziwienie budzi ostatnia transakcja, w której Celtics pozbyli się dwóch młodych, dynamicznych obrońców – Jordana Crawforda i Marshona Brooksa w zamian za nieco już wyeksploatowanego centra Joela Anthony’ego i dwa wybory w drafcie (w tym jeden lottery protected). W skrócie: Crawford i Brooks trafili do Golden State, Toney Douglas z Warriors do Heat, a Anthony i dwa picki do Celtics. Gdybym miał wybrać, kto na tym zyska najwięcej – bez wahania postawiłbym na Warriors. A największym przegranym wydaje się Boston. Dlaczego?

  1. Crawford i Brooks to nieprzeciętnie utalentowani gracze. Może być trudno o podobne talenty w drugiej rundzie kolejnych draftów.

Gdyby nie nagły zastrzyk gotówki i mocarstwowe plany Nets – Brooks mógłby być dzisiaj podstawowym graczem drużyny z New Jersey (z NJ, bo nie wiadomo, czy bez kasy Prochorowa drużyna trafiłaby na Brooklyn). Dla przypomnienia – jeszcze dwa lata temu Nets, by pozyskać gwiazdy gotowi byli oddać dowolnego gracza, byleby nie był to Brooks. Nawet Brook Lopez mógł się pakować, jeśli tylko Dwight Howard chciałby się przenieść na północ.

Crawford miał na tyle talentu, by z pierwszej piątki Wizards wygryźć Nicka Younga, który wcześniej uczynił to samo Arenasowi. Pod nieobecność Rondo – Crawford stał się liderem drużyny z Bostonu. To on, a nie Avery Bradley prowadził grę Celtów i udowodnił, że oprócz tego że jest strzelcem potrafi też rozgrywać – liczba asyst na minutę gry w jego wykonaniu skoczyła o 50 proc., a on sam stał się pod tym względem liderem Bostonu.

Brooks kończy w tym roku 25 lat, Crawford 26. To najlepszy wiek dla sportowca. Dwaj ograni w NBA gracze, wydają się być większym atutem niż nieznana młodzież z draftu. Jako argument podam kilka nazwisk graczy, których Boston wybrał w ostatnich 7 draftach: Gabe Pruitt, JR Giddens, Lester Hudson, Luke Harangody, Fab Melo, Kris Joseph i Lucas Nogueira – trzech z nich poszło w pierwszej rundzie. Żaden nie rozegrał więcej meczy niż liczy pełny sezon NBA czyli 82. I to prowadzi do kolejnego wniosku.

  1. Gromadzenie picków draftu nie jest żadną gwarancją przebudowy drużyny.

   A Boston chomikuje picki jakby były bezcennymi jajeczkami Faberge. W sumie, po transakcji z udziałem Crawforda i Brooksa, Celtics mają ich 17 w następnych pięciu sezonach. 10 z nich to wybory w pierwszej rudzie, ale kilka z nich ma klauzule Top 10 protected (czyli jeśli, któryś z oryginalnych posiadaczy picku, wylosuje nr niższy niż 11 to on wybiera gracza, a Boston musi się obejść smakiem).

Nawet jeśli trener-rookie Brad Stevens lubi i umie pracować z młodzieżą, to trochę za mało by ryzykować przyszłość klubu. Zresztą Stevens powinien się nauczyć także pracować z weteranami. Tym bardziej, że z jego młodzieży z uniwersytetu w Butler w NBA gra tylko dwóch – Gordon Hayward i Shelvin Mack. Można tylko mieć nadzieję, że Boston draftowe dno osiągnął wybierając z 22 nr draftu AD 2012 – Faba Melo, który ledwo dawał sobie radę w Syracuse.

  1. Warriors mają wyjątkowo konkurencyjny backourt. Nie ma w nim miejsca jednocześnie dla Brooksa i Crawforda. Wygra lepszy i lepiej pasujący do strategii Marka Jacksona.

Warriors wydają się być zwycięzcą tej transakcji. Prywatnie uważam, że zarówno Crawford, jak i Brooks dużo lepiej nadają się do szybkiej, kombinacyjnej gry, w której dominuje transition offense, niż Douglas. Z kolei Douglas wydaje się być nieźle dopasowany do pozycyjnej gry Heat, którzy grając dużo akcji izolacyjnych, wymuszają na przeciwniku podwajanie, uwalniając trzypunktowym strzelców na obwodzie.

Problem w tym, że na pozycjach 1-2 jest w Golden State natłok utalentowanych graczy – za plecami Curry’ego i Thompsona czają się bowiem Nemanja Nedović (jeśli będzie dostawał czas gry, może być naprawdę kimś nawet jeśli tylko w europejskiej koszykówce) oraz Kent Bazemore, który już udowodnił w rozgrywkach ligi letniej, że jeśli nie musi się martwić o konkurencję ze strony Curry’ego i Thompsona, potrafi być liderem drużyny. Na 2 potafi też grać Iguodala.

Niestety przy liczbie minut, które Curry i Thompson spędzają na boisku w rotacji Marka Jacksona jest miejsce tylko na jednego, dobrego rezerwowego. Wydaje mi się, że w tej chwili z kwartetu – Nedović, Bazemore, Brooks, Crawford – najwyżej stoją szanse tego ostatniego. Zagadką jest tylko jego charakter. Dla przypomnienia – Crawford wyleciał z Wizards miedzy innymi dlatego, że tworzył z Javaleem McGee i Nikiem Youngiem – zabawowe trio. Dziś żaden z nich nie gra już w Waszyngtonie. Ale wciąż są w NBA.

Zapraszam do polubienia profilu bloga fastbreak.pl na Facebooku

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Podkoszowa zmiana warty

Ostatnie sezony stoją pod znakiem wielkiej wymiany wysokich graczy w  kadrach drużyn NBA. Widać to nie tylko ze startowych piątek wielu drużyn, ale i ze statystyk. Pod kosze najlepszej ligi świata napływa świeża krew.

Dwóch na trzech najlepiej zbierających koszykarzy NBA ma 26 lat lub mniej.* (patrz metodologia na dole). Oznacza to, że urodzili się w drugiej połowie lat 80., a Bird, Magic Johnson czy Moses Malone to dla niej równie zamierzchła historia koszykówki, jak dla ich starszych kolegów z ligi urodzonych o dekadę wcześniej – np. Pete Maravich czy Bob Cousy.

To dowód na to, że ten i poprzedni sezon to okres wielkiej wymiany wiodących zawodników podkoszowych. „Stare gwiazdy”, dziś już często grubo po 30-tce oddają powoli pola młodszym kolegom. Cofnijmy się o kilka lat wstecz, do pierwszego sezonu otwierającego obecną dekadę. W dziesiątce najlepiej zbierających znajdowali się wtedy następujący gracze:

RPG

1

Kevin Love

21

13,8

2

Dwight Howard

24

13,7

3

Marcus Camby

35

13,6

4

Samuel Dalambert

28

13,3

5

Joakim Noah

24

13,2

6

DeJuan Blair

20

12,7

7

Carlos Boozer

28

11,8

8

Tim Duncan

33

11,6

9

Andrew Bogut

25

11,3

10

Eric Dampier

34

11,3

 średnia

27,2

12,6

W tym sezonie w gronie dziesięciu najlepiej zbierających w lidze pozostało tylko czterech z nich – Love, Howard, Duncan i Bogut. Za to średnia wieku najlepszej 10 spadła do 26 lat, a liczba zebranych piłek skoczyła o 0,5 zbiórki na mecz.  Oto zestawienie:

RPG

1

Andre Drummond

20

13,9

2

DeAndre Jordan

25

13,8

3

Dwight Howard

28

13,7

4

Andrew Bogut

29

13,6

5

Jordan Hill

26

13,5

6

Kevin Love

25

13,1

7

DeMarcus Cousins

23

12,8

8

Nikola Vucevic

23

12,3

9

Kenneth Faried

24

12,2

10

Tim Duncan

37

12

 średnia

26,0

13,1

Dla porównania średnia Marcina Gortata na 36 minut gry spadła w tym okresie z 11,3 rpg i 2,3 bpg do 9,6 zbiórek na mecz i 1,7 bloku. Inna sprawa, że w sezonie 2009-10 Gortat nie grał średnio 15 minut w meczu (minimum przyjęte przeze mnie do porównania – dla Gortata było to 13,4 minuty), a obecnie czas jego gry 32,6 minuty. A czas jest istotnym czynnikiem przy porównywaniu osiągnięć w przeliczeniu na czas gry. Gdyby nie niewiele minut Gortat w sezonie 2009-10 byłby 12 najlepiej zbierającym w NBA, w tym jest już dopiero 47. Młody peleton wydaje się odjeżdżać naszemu centrowi. Nawet jeśli statystyki to nie wszystko.

Patrząc na dość odmłodzone składy większości drużyn NBA (celuje w tym zwłaszcza wschód) widać, że w pierwszych piątkach wielu drużyn nastąpiła wręcz inwazja młodych środkowych. Wielu z nich jest obecnych w NBA od kilku lat, ale zwykle odgrywali role drugo, a czasami wręcz trzecioplanowe. Oto pięciu subiektywnie wybranych graczy, którzy wydają się wykorzystywać szanse, które otrzymali szanse od losu (czyli transferów, które spowodowały, że nagle dostali więcej minut gry) oraz od trenerów, którzy na nich postawili (wszystkei statystyki w przeliczeniu na 36 minut czasu gry).

Robin Lopez – 25 lat , Portland Trail Blazers

12 pkt., 9,8 zbiórki i 1,7 bloku

Robin LopezW lidze od dawna, ale nigdy jeszcze w tak ważnej i tak dobrze wykonywanej roli. Jeszcze w zeszłym sezonie zmiennik Marcina Gortata w Phoenix Suns, dziś pierwszy center Portland Trail Blazers, którzy po eksperymentach z JJ Hicksonem (zdaniem redaktora Michałowicza sobowtóra Michaela Jordana) oraz fatalnych wyborach centrów w drafcie (Greg Oden, Meyers Leonard) wreszcie znalazł swoje miejsce. Nie dość, że jest graczem wyjściowej piątki, to na dodatek jego zespół świetnie się spisuje w tym sezonie (zobaczymy co będzie w playoffach), a on doskonale odnajduje się w swojej roli. Choć statystycznie jego wyniki nie są może imponujące, to i tak lepsze niż jego krótkotrwałego mentora – Gortata. Zarówno lepiej od niego zbiera (45. Miejsce), jak i blokuje. Nieco gorsze wyniki punktowe to zapewne efekt niezłego otoczenia w postaci doskonałych strzelców – Aldridge’a, Lillarda czy Matthewsa.

 

Miles Plumlee – 25 lat, Phoenix Suns

12,8 pkt., 11,7 zbiórki i 2,3 bloku

Nowy center Suns, który zastąpił Gortata i Lopeza jest chyba jednym z największych zaskoczeń sezonu i jednym z kandydatom do nagrody Most Improved Player. Wyciągnięty z głębokiej ławki zespołu z Indiany jest w tej chwili, w przeliczeniu na 36 minut 5 najlepiej blokującym graczem NBA. Bez rozbicia na czas jest nr 7, a w zbiórkach nr 17 w całej lidze.

Miles Plumlee blokuje

Jego drużyna zajmuje niemal na półmetku miejsce dające szanse na grę w playoffs. I choć widziałem Suns w akcji w tym sezonie dwukrotnie – nie wiem dlaczego. Plumlee jest jednak klasycznym przedstawicielem ekipy Jeffa Hornacka – czyli skutecznej drużyny skleconej z materiału z recyclingu. Która na dodatek radzi sobie na wyjątkowo mocnym Zachodzie. Życzę centrowi Suns, jak najlepiej, ale wyjątkowo nie sądzę, żeby udało mu się powtórzyć wiele takich sezonów. To może być drugi Andris Biedrins (niestety).

 

 

 

Andre Drummond – 20 lat, Detroit Pistons

14,0 pkt., 13,9 zbiórki i 1,8 bloku

W zasadzie powinienem od niego zacząć, bo w chwili obecnej to najlepiej zbierający gracz NBA. Wraz z bratem bliźniakiem Gregiem Monroe (po tym, jak obaj się ogolili i zapuścili brody trudno ich odróżnić)  sprawia, że starcia podkoszowe z Pistonsami to prawdziwe wyzwanie. Drummond nieźle też broni, ale… cieniem na jego grze kładzie się skandalicznie słaba skuteczności z linii rzutów wolnych (38 proc.!), niezbyt zaawansowane możliwości gry kombinacyjnej (0,4 asysty na mecz) czy dość kiepski rzut dystansowy. Drummond ma jednak dopiero 20 lat i już stał się najefektywniej zbierającym graczem ligi. Strach się bać, co będzie dalej.

Nikola Vucević – 23 lata, Orlando Magic

14,6 pkt., 12,3 zbiórki, 1,2 bloku i 2,1 asysty

Nikola Vucević

Nie ukrywam – jestem Vuceviciem zachwycony. Osobiście uważam, że najgorsze co zrobiła Philadelphia w pogoni za Andrew Bynumem rok temu, to było pozbycie się Vucevicia. Chłopak jest moim zdaniem materiałem na jednego z najlepszych centrów NBA. W chwili obecnej prezentuje na pewno wyższe możliwości niż Bynum. Świetnie zbiera, nieźle podaje, doskonale rzuca osobiste (79 proc.), ma niezły dystans i wyjątkowo duży arsenał podkoszowy. Problem w tym, że grał dotychczas w stosunkowo słabych zespołach.

Magic brakuje tylko by Oladipo i Vucevicc nabyli więcej doświadczenia, mądrzejszego rozgrywającego niż Jameer Nelson oraz lepszego trenera.

 

DeMarcus Cousins – 23 lata, Sacramento Kings

26,2 pkt., 12,8 zbiórki, 1,1 bloka, 3,4 asysty, 2,1 stl.

Każdy, kto choć trochę interesuje się koszykówką, wie kim jest Cousins. 23-latek ma wszystkie papiery by stać się jedną z największych gwiazd ligi. I poniekąd już nią jest. Statystyczny lider Kings jest przede wszystkim gwiazdą skandali.

Cousins ma tylko jedną wadę. Ale gigantyczną – charakter. O skali jego boiskowej nonszalancji świadczy liczba strat na mecz – 3,8 straty –  żaden z 55 najlepiej zbierających ligi nie zbliża się nawet do tego niechlubnego osiągnięcia.  Równocześnie żaden z nich nie kradnie 2,1 piłki na mecz, co przy 210 cm wzrostu i 122 kg wagi jest wynikiem imponującym.

Cousinsowi brakuje trenera z charakterem, którego obdarzy szacunkiem.

Lista ciekawych graczy powinna być jeszcze dłuższa. W tym sezonie wyróżniają się bowiem tacy młodzi koszykarze, jak:

Jordan Hill (26 lat, Los Angeles Lakers) – 16,7 ppg, 13,5 rpg, 1,4 bpg

Kennetha Faried (24 lata, Denver Nuggets) – 15,6 ppg, 12,2 rpg, 1,3 bpg

Kosta Koufos (24 lata, Memphis Grizzlies) – 12,8 ppg, 11,9 rpg, 1,8 bpg

Steven Adams (20 lat, Oklahoma City Thunder) – 9,5 ppg, 10,3 rpg, 1,1 bpg

John Henson (23 lata, Milwaukee Bucks) – 15,6 ppg, 10,0 rpg, 2,8 bpg

Część z nich dostała szanse dzięki kontuzjom kolegów (Larry Sanders – Bucks, Marc Gasol – Grizzlies) czy braku rywali do podkoszowych pozycji (Hill w Lakers).

Do wyliczeń wykorzystałem dane z serwisu basketball-reference.com. Zestawienei najlepiej zbierających graczy według przyjętej metodologii wrzucę,  gdy tylko znajdę chwilę na obrobienie .xlsa, by był bardziej czytelny.

Zapraszam do polubienia profilu Fastbreak.pl na Facebooku! Dzięki temu łatwiej dowiecie się o kolejnych wpisach.

METODOLOGIA

Zestawienie opiera się na liczbie zbiórek na 36 minut gry. W celu porównania przyjąłem następujące warunki krańcowe: ok. 60 proc. rozegranych meczy w sezonie (dla 2013-14 – min. to 20, dla 2009-10 – min. to 50), nie mniej niż 15 minut średnio na mecz, powyżej 8,9 zbiórki (tylko wtedy łapie się nieszczęsny John Leuer J ). Takie kryteria spełnia 55 koszykarzy.  31 z nich ma 26 lat lub mniej (stan na 9 stycznia 2014 r.) Gortat jest 47.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Mięsny center

Kilka lat temu rumuński drugoligowiec z Arad sprzedał jednego ze swoich piłkarzy za 15 kg mięsa.  Niedoszła nadzieja Lakersów, dwukrotny mistrz NBA Andrew Bynum znalazł się właśnie w podobnie mało prestiżowej roli.

Bynum w pakiecie z przyszłymi wyborami w drafcie NBA trafił do Chicago Bulls. W zamian, do jego byłego klubu Cleveland Cavaliers, powędrował brytyjski Sudańczyk Luol Deng.

Co prawda w transakcji nie obracano fizycznie mięsem, a przedmiotem rozliczeń były wielomilionowe kontrakty obu graczy, ale Bynum potraktowany został przez oba kluby podobnie, jak zrobili to Rumuni. Tyle, że nie miał on w niej statusu piłkarza, lecz raczejAndrew Bynum przeszedł z Cleveland do Chicago kompensaty w naturze.

Wielka nadzieja czarnych (tych wysokich)

Dla przypomnienia Andrew Bynum jeszcze kilka lat temu uchodził za wielką nadzieję Los Angeles Lakers. Klub z Miasta Aniołów i jego generalny menedżer Mitch Kupchak święcie wierzyli, że będzie z niego drugi Kareem Abdul-Jabbar, a piątka – Fisher, Bryant, Artest, Gasol, Bynum – powtórzy sukces poprzedniej Fab Five: Magica Johnsona, Scotta, Worthy’ego, AC Greena i Jabbara, a szóstego Coopera skutecznie zastąpi Odom. Zdaniem sceptyków ani Lakersi z lat 2008-10, ani Bynum nie sprostali oczekiwaniom. Ale w rzeczywistości – projekt się powiódł – Jeziorowców z lat 2007-10 od osiągnięć ekipy z okresu 1984-88 dzielił tylko jeden mistrzowski pierścień.

Bynuma od Jabbara niestety różniły nie tylko osiągnięcia, ale zwłaszcza organizm, który nie wytrzymywał tak dużych obciążeń. Ostatecznie Lakersi uznali, że lepiej mieć supercentra Dwighta Howarda niż Andrew Bynuma i rozstali się z kontuzjogennym młodzieńcem. Wyszli na tym co prawda, jak Zabłocki na mydle, staczając się niespodziewanie w ligową przeciętność, ale w rzeczywistości nikt na tej „wymianie” nie wyszedł dobrze. Z samym Bynumem włącznie.

Milioner na L4

Po długim leczeniu kolan, Bynum postanowił pewnego listopadowego dnia, będąc jeszcze w trakcie rehabilitacji po poprzedniej kontuzji, zagrać w ulubione kręgle. Kontuzja, której się nabawił, wykluczyła go z gry na kolejny rok. Widocznie, jeśli ma się więcej niż 215 cm, należy ostrożnie toczyć kule. Rozczarowanie Bynuma było zapewne tak samo duże, jak i Philadelphii 76ers, która go zatrudniła płacąc mu 16,9 mln dol. za sezon, w którym nie zagrał on w żadnym meczu.

Trudno jeszcze powiedzieć, czy cała ta historia nauczyła czegoś koszykarza, ale wygląda na to, że niewiele z niej wniosków wyciągnał klub z Philadelphii, który kilka miesięcy temu oddał jednego z najlepszych swoich graczy (o ile nie najlepszego) Jrue Holidaya za młodego centra Kentucky Nerlensa Noela, który w NBA wciąż nie zagrał meczu, bo wciąż jest kontuzjowany.

Z kolei Bynumowi zabawa w kręgle otworzyła prostą drogę do roli mięsa w transakcji wymiennej, która miała miejsce kilka dni temu.

Nadzieja księgowych

Bynum posadę znalazł w ekspresowym tempie. Cleveland Cavaliers zatrudnili go z pensją 12,25 mln dol. rocznie.

Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by uwierzyć, że zespół, który ma całkiem przyzwoitego i walecznego (co w NBA jest wyjątkowo istotne) centra – Brazylijczyka Andersona Varejao, obiecującego zmiennika w postaci Tylera Zellera czy bardzo interesującego młodego skrzydłowego Tristana Thompsona potrzebuje pod koszem Bynuma. Tym bardziej, że o dyspozycji tego ostatniego od ponad 1,5 roku wiadomo niewiele, o ile nie zupełnie nic. Nie przypadkiem Cavs zapisali w kontrakcie możliwość zerwania kontraktu do początku stycznia 2014 r. Cleveland chcieli się wzmocnić, ale wcale nie Bynumem – woleli zdecydowanie kogoś bardziej stabilnego, a najlepiej gwiazdę.  Aby to osiągnąć, potrzebowali obiecującego gracza (niestety na rynku był tylko osobnik obarczony ryzykiem), który będzie miał wysoką pensję. W NBA nie kupuje się w końcu graczy, jak w dość niewolniczym świecie piłkarskiego biznesu, lecz wymienia się ich, a miarą transakcji są ich pensje. Potencjalnego zainteresowanego Bynumem kusić mogły dwa atuty – ciekawy, wciąż młody gracz lub możliwość szybkiego pozbycia się go i drastycznego zmniejszenia płac.  Innymi słowy Bynum był dla nich transakcyjnym mięsem – tyle, że wartym nie 15 kg czystego produktu, ale ponad 12 mln dol. rocznie.

Andrew wędrowniczek

Początkowo Cavs negocjowali z Lakersami. W zamian do Cleveland miał trafić Pau Gasol, były kolega Bynuma z drużyny, jeden z największych graczy w historii hiszpańskiej koszykówki (nad Juanem Carlosa Navarro ma przewagę kilku tytułów mistrza NBA). Trudno powiedzieć, co Lakersów interesowało bardziej – wykorzystanie zapisu w kontrakcie i szybkie pozbycie się Bynuma czy wiara, że wciąż może być on drugim Jabbarem. Zdaniem komentatorów NBA – raczej to pierwsze, choć drużyna z Miasta Aniołów nie może się pochwalić pod koszem większymi atutami poza Gasolem (duet Robert Sacre i Jordan Hill, to zdecydowanie drugi garnitur graczy, a Chris Kaman jest przez trenera D’Antoniego wyjątkowo niechętnie wpuszczany na boisko).

Jakby nie patrzeć do transakcji nie doszło, a Bynum wylądował „za międzą” – bo w Chicago.  Tam też nie jest zbyt potrzebny. Pod koszem rządzi tam Joakim Noah. Bulls wiedzie się w tym sezonie kiepsko. Ich lider, były najlepszy gracz ligi, Derrick Rose znów jest kontuzjowany. Wygląda na to, że Bynum pobędzie w Chicago tylko kilkadziesiąt godzin. Znajdzie szybko nowego pracodawcę. Pytanie tylko, czy będzie to zespół, który naprawdę w niego uwierzy, czy tylko będzie zainteresowany kolejną transakcją z udziałem fana kręgli. Tym razem jednak, Bynum nie może już chyba liczyć na ekstremalnie wysoką pensję. Dla niego nadszedł  czas udowodnienia swojej prawdziwej wartości. Chyba, że pójdzie śladem swego rumuńskiego pierwowzoru, który po mięsnej transakcji poczuł się na tyle obrażony, że odmówił gry w piłkę i w poszukiwaniu pracy fizycznej wyjechał na Zachód. Klub, który za niego zapłacił był chyba nawet bardziej rozczarowany niż Philadelphia 76ers – Bynumem. Przynajmniej tak wynikałoby z wypowiedzi członka jego zarządu:

– Jest nam przykro ponieważ straciliśmy dwukrotnie – po pierwsze nie zagra u nas dobry zawodnik, a po drugie ponieważ straciliśmy tygodniowy zapas żywności dla naszej drużyny – oświadczyły wówczas władze czwarto ligowego regal Horia.

Nam też jest przykro, choć z pobieżnego szacunku wynika, że za 16 mln dol. można wyżywić czwartoligowy rumuński zespół piłkarski przez kolejne 5000 lat. Choć byłaby to, jak na wyczynowy sport, dieta dość uboga w węglowodany.

Dodaj komentarz

Filed under NBA