Tag Archives: NBA

Szczęściarze roku

Takiego finansowego rozpasania, jak latem tego roku, NBA nie widziało nigdy. Nawet gracze drugoplanowi, przy dobrym układzie gwiazd (czytaj duży cap space i sprawny agent) mieli szanse na lukratywne kontrakty. Umowy na 10 mln dol. rocznie i więcej sypały się więc z rękawa. Sensu i logiki w niektórych z umów trudno się nawet doszukiwać.

Poniżej subiektywny ranking finansowego nonsensu klubów NBA (a TUTAJ możecie zagłosować, na najbardziej przepłaconego koszykarza NBA):

10. Evan TURNER – Portland Blazers – 16,4 mln dol.

9. Jordan CLARKSON – Los Angeles Lakers – 12,5 mln dol.

jordan_clarksonLakersi ewidentnie liczą na to, że Clarkson będzie gwiazdą. Mam co do tego wątpliwości. Nie uważam wcale, że Clarkson jest kiepski, ale graczy podobnych do niego, o zbliżonych umiejętnościach,  amerykańskie uniwersytety produkują po kilkunastu rocznie. Jedni powiedzą, ze wszystko tkwi w głowie, a inni, że zależy od tego, czy dany chłopak dostanie szansę. Clarkson dostaje, ale nie porywa. Jego średnia asyst spada, za trzy rzuca przeciętnie, stosunek asyst do start ma słaby, na boisku nie wyróżnia się ponad konkurentów na swojej pozycji – Nicka Younga i Lou Williamsa – którzy są prawdziwymi strzelbami, i to od lat. Ale przynajmniej przez jeden sezon będzie zarabiać więcej niż Steph Curry.

 

 

8. Bismack BIYOMBO – Orlando Magic – 17 mln dol.

biyomboNiewątpliwie jest powód dla którego Bismack Biyombo może być przydatny w każdej drużynie NBA. W koszykarskim slangu nazywa się takich graczami hustlerami – oddają na parkiecie swoje serce. Hustler to zwykle zadaniowiec. I w tej roli Biyombo się sprawdza, wzrost pozwala mu grać an PF i C, nieźle bokuje, przyzwoicie zbiera. Problemem jest jego gra w ofensywie, znacznie poniżej oczekiwań. Wartość dodana, którą daje Biyombo, nie wydaje się być jednak na poziomie 17 mln dol. rocznie. Zwłaszcza Orlando, które po prostu potrzebuje gwiazd. Bo Biyombo to to „go to guy” nie jest, a ani Fournier, ani świetny przecież Vucević, też nie gwarantują wzięcia ciężaru gry na siebie w każdym meczu.

 

7. Ian MAHINMI – Washington Wizards – 16 mln dol.

mahinmiMahinmi nawet nieźle się zapowiadał. Praktykował przy Duncanie w Spurs i Chandlerze w Dallas. Ale było to dawno temu. Dziś francuski center ma już 30 lat czyli tylko dwa lata mniej od Gortata, i trudno raczej nazwać go wielką nadzieją na przyszłość. Tymczasem Wizards podpisali z nim czteroletni kontrakt wart 64 mln dol. Dotychczas Mahinmi zarabiał maksymalnie 4 mln dol. za sezon.

Rezerwowy 30-letni center zarabiający więcej niż podstawowy? Nawet jeśli to ostrzeżenie dla Gortata, to rozmowa motywacyjna byłaby znacznie tańsza.

 

 

6. Timofiej MOZGOW – Los Angeles Lakers – 16 mln dol.

Los Angeles Lakers Media Day

Wcale nie uważam, że Tima to najgorszy center świata. Wręcz przeciwnie – na tle wielu innych środkowych wypada naprawdę przyzwoicie. Problem w tym, że 16 mln dol. rocznie to płaca nieprzyzwoita. Myślę, że problem leży w głowie Mitcha Kupchaka. Lakers powtarzają schemat – musimy mieć silnego, wysokiego centra i damy za niego każde pieniądze. No to mieli – Dwighta Howarda, Roya Hibberta, a teraz mają Mozgova. Najważniejsze, że każdy jest szczęśliwy – i Tima, zarząd drużyny.

5. Solomon HILL – New Orleans Pelicans – 11,2 mln dol.

solomon_hill

Hill to czystej wody zadaniowiec. Nawet gdy grał na uniwersytecie Arizona (a miałem przyjemność obejrzeć kilka meczów tego collegu za jego czasów), był „jedynie” prawą ręką Derricka Williamsa. I nieoczekiwanie wyprzedził mistrza – zarówno pod względem kasy, jak i rozwoju kariery. Solidny w defensywie, znośny w ataku, nawet jak na 23 nr draftu wydawało się, że to zbyt mało. Po co Pelicans Hill jeśli taką samą rolę mógłby pełnić (gdyby nie był notorycznie kontuzjowany) Tyreke Evans. Co prawa Evans i Jrue Holliday są na wylocie – ich wysokie kontrakty niedługo się kończą, ale czy Hill jest alternatywą? Widzę go raczej w roli 2-3 wchodzący z ławki, a takim nie płaci się przecież 11 mln dol. rocznie? Chyba, że się jednak płaci. Cała nadzieja w tym, że Hill będzie drugim Timem Allenem -a do tego faktycznie ma predyspozycje.
Jego statystyki PER36 są najgorsze z całej niniejszej dziesiątki.

4. John LEUER – Detroit Pistons – 11 mln dol.

leuerW Detroit, mimo tego że czasy Motown dawno minęły, a kryzys doprowadził tam ceny nieruchomości do dna, chyba jednak nie wiedzą na co wydawać pieniądze. Przed tym sezonem Leuer w 253 meczach zagrał średnio po 13,6 minuty. Nie były to złe minuty. Walczak, który dobrze rzuca z każdej pozycji. Ale 11 mln dol. dla gościa który od 6 lat gra po 13 minut w meczu? I który gra na pozycjach zarezerwowanych dla tria Morris, Harris i Drummond. Po co?

 

 

 

 

3. Mirza TELETOVIĆ – Milwaukee Bucks – 10,5 mln dol.

teletovicNe wiem, czy Mirza zdałby test łosia – mało zwrotny i zastanawiająco często niedorzucający do kosza. A jak wiadomo cegła to dla każdego koszykarza wstyd. Nie, że Mirza nie potrafi rzucać za trzy – jak ma dzień, jest naprawdę przyzwoity. W Barcelonie miał status gwiazdy. Ale w NBA mieści się gdzieś między drugimi a trzecimi skrzypcami. No może obsadziłbym go jako waltornię w zespole. Ale muzycznym, a nie NBA.

2. Kent BAZEMORE – Atlanta Hawks – 15,7 mln dol.

bazemoreSzczerze mówiąc zawsze uważałem, że chłopak jest niezły. I w Golden State Warriors i w Lakersach sprawiał wrażenie zaangażowanego, świetnego obrońcy. No i przyzwoicie trafia z dystansu. Ale to raczej taki sixth man, albo jak w Thunder Sefolosha (niegdyś) i Roberson (obecnie) zadaniowiec. Nie jest to leader, sharp shooter, rozgrywający, ani gość, który weźmie na siebie ciężar gry. Kontrakt o co najmniej 100 proc. za wysoki.

 

 

1. Allen CRABBE – Portland Trail Blazers – 18,5 mln dol.

crabbe_2Rozumiem, że fryzura a la Marek Hamsik lub Jose Callejon (pozdrawiamy fanów Napoli) może robić wrażenie. Możliwe nawet, że Allen to dobry chłopak, który nieźle rzuca i ma poukładane w głowie. Ale 18,5 mln dol. za sezon dla chłopaka, który w 147 meczach w NBA ledwie 17 razy wyszedł w pierwszej piątce, a wcześniej czyścił buty Lillarda, Matthewsa i McColluma? Parafrazując Tomasza Hajto – trzeba to powiedzieć jasno – Paul Allen oszałał.

 

 

 

 

I tzw. poczekalnia w grę wchodzili jeszcze: Austin Rivers (LA Clippers), Alec Burks (Utah Jazz) Wes Matthews (Dallas Mavericks), DeMarre Carroll (Toronto Raptors), Nikola Peković (Minnesota Timberwolves) oraz dwóch wyjatkowo przereklamowanych moim zdaniem panów Jeremy Lin (Brooklyn Nets) i Goran Dragić (Miami Heat).

A kto Waszym zdaniem jest najbardziej przepłacanym koszykarzem z powyższej dziesiatki? Zapraszam do głosowania w sondzie, która jest TUTAJ

W rankingu znajdują się tylko gracze, którzy zarabiają od 10 do 20 mln dol. rocznie. Ci nieliczni, którzy zarabiają więcej, zasługują na osobne zestawienie.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under NBA

Powrót na skąpane w dolarach parkiety

Czasami trzeba odkurzyć rodowe srebra. A, że blog fastbreak.pl nie był odkurzany od blisko dwóch lat, potrzeba wydała się paląca.

Wystartujmy więc wraz z 71. sezonem NBA. A sezon to może być zaiste wyjątkowy. Oto dlaczego:

Ikony odchodzą

Kobe BryantZ ligą pożegnali się gracze, którzy przez 20 lat gry stali się jej ikonami. To pierwszy sezon, w którym na parkiecie nie zobaczymy już Kobe Bryanta, Tima Duncana, Kevina Garnetta. Każdy z nich stanowił dla kolejnych roczników rookie napływających do NBA punkt odniesienia. Dla wielu także wzór. Trafiający dziś do ligi 19-22 latkowie nigdy nie widzieli NBA bez tej trójki.

Na ich grze uczyli się koszykówki, a zapewne wielu z nich miało plakaty gwiazdorów na ścianach. Bryant – wzór strzelca, Duncan – bezbłedny, doskonale wyszkolony technicznie i zimny jak lód profesjonalista, Garnett – team leader z prawdziwego zdarzenia. Dzieciaki zafascynowane koszykówką, chciały być zwykle którymś z nich.

Poprzedni rok już tak symboliczny nie był. Co prawda – Kenyon Martin, Shawn Marion, Elton Brand, Hedo Turkoglu i Jason Richardson sroce spod ogona nie wypadli, ale jednak nigdy nie stali się ikonami ligi. Co najwyżej gwiazdkami i to w najlepszych dla siebie kilku sezonach, by później stać się wartościowymi zadaniowcami.

duncan_smallerNBA musi teraz znaleźć nowe ikony, bo gwiazdy już ma. Nawet jeśli kilku graczy wciąż jeszcze dźwiga podobny ciężar (z LeBronem) na czele, to firmament wyraźnie opustoszał.

Jeśli dodamy do tego możliwe, że ostatnie sezony – Vince’a Cartera, Paula Pierce’a, manu Ginobilliego i Dirka Nowitzkiego (tu mam wątpliwości), to lada chwila pustka zrobi się jeszcze większa.

Bez idoli koszykówka nie pójdzie do przodu. Owszem są nowi (Curry, Harden, Westbrook, Davis), ale to wciąż nawet nie dekada na parkiecie.

W każdym razie, ktoś będzie musiał przejąć pałeczkę po Bryamcie, Duncanie i Garnecie.

Sezon zmian

To może być sezon, po którym NBA nie będzie już taka sama. A może dokładniej jeden z sezonów, wielkiej zmiany. Powodów jest kilka:

– Schyłek Franchise Players

Warriors introduce Kevin DurantKażda marka potrzebujemy systemu identyfikacji. Symboli, które niosą ją do przodu, jednocześnie zawsze się z nią kojarząc. W NBA w dużej mierze taką rolę pełnili franchise players. Nawet jeśli byli to gracze, którzy z 15 lat swojej kariery tylko 10 spędzali w jednej drużynie, to często pozostawali jej symbolami.

Odejście Derricka Rose’a do Knicks, Kevina Durranta do Warriors, zubożyły znacząco takie marki jak Chicago Bulls czy Oklahoma City Thunder. Zwłaszcza, że nie są to gracze, bliscy sportowej emerytury, jak np. trio Pierce, Garnett i Allen, żegnające się z Bostonem przed kilku laty. Nie wiem czy Butler i Westbrook, mimo niewątpliwych umiejętności udźwigną ciężar.

Oczywiście nie jest to proces, który zaczął się tu i teraz – ale myślę, że dla kibiców odejście Chrisa Paula z Nowego Orleanu, Dwighta Howarda z Orlando czy LaMarcusa Aldridge’a z Blazers, było większym ciosem niż jeden czy dwa przegrane sezony. To mieli być ich franchise players.

– Small Ball

nash_bell_marionTak, wiem, nic to odkrywczego. Small ball to główny temat uzewnętrzniających się komentatorów i dziennikarzy sportowych. Splash Brothers zmienili wszystko. Oczywiście to nie oni i wcale nie wszystko.

Ojcami small ball są w chronologicznej kolejności Don Nelson i Mike D’Antoni. Ten pierwszy przez dwie dekady (i to głównie z Golden State Warriors) wprowadzał taktykę szalonej ofensywy – wpierw jeszcze z Timem Hardawayem, Chrisem Mullinem i Latrellem Sprewellem, a na koniec z Baronem Davisem i Montą Elisem. A Mike D’Antoni z siedmiosekundowych akcji zrobił główne credo ekipy Suns z pierwszej dekady tego stulecia.

Do skuteczności tej taktyki potrzebnych było jednak dwóch genialnych strzelców. Kiedy wiesz, że przeciwnik zawsze może zniszczyć cię za trzy punkty, wszystko zaczyna się dziać dużo szybciej – atak rozciąga obronę, piłka krąży, trzeba szybciej się przemieszczać, bo obszar do obrony nagle rozciąga się poza linię trzech punktów. A żeby było dużo szybciej, trzeba mieć szybszych graczy. A zwykle szybsi są ci mniejsi itd.

No dobra, ale gdzie ty zmiana w tym, poprzednim czy najbliższym sezonie? Nieprawdą jest, że wszystkie drużyny NBA zaczęły grać small ball. Gdyby było inaczej Timofiej Mozgow nie podpisałby lukratywnego kontraktu z Lakers, Dwight Howard nie był nową nadzieją Atlanty, a Roy Hibbert… no może Roy to zły przykład🙂

Wiele drużyn uznało po prostu, że small ball jest najlepszym sposobem, by pokonać Golden State Warriors i przyciągnąć więcej widzów do hal i przed telewizory. W tym pierwszym przypadku to nieszczególnie prawda, co w ostatnich play offach udowadniali Oklahoma City Thunder, a co sezon San Antonio Spurs.

Rzuty za trzy punkty nabrały większego znaczenia, ale czy na pewno small ball już podbiło NBA? Nie sądzę. I myślę, że decydujący będzie ten i kolejny sezon. Nawet jeśli w finale spotkają się znów notorycznie obniżający skład Warriors i Cavaliers, nic nie jest przesądzone. Spurs z ich dwiema wieżami wcale nie są takim oldskulem. Najważniejsze w sporcie to wygrywać.

-Kasa nie musi się zgadzać.

Gdy obserwowałem kolejne kontrakty, których podpisanie ogłaszano po 1 lipca, nie mogłem wyjść ze zdumienia. Myślę, że nie ja jeden – wielu długoletnich fanów NBA musiało przecierać oczy ze zdumienia, gdy padały wieomilionowe kwoty dla graczy, którzy mają jeszcze sporo do udowodnienia .To istne szaleństwo, które już za kilka lat będzie musiało zakończyć się katastrofą. Choćby dlatego, że 15-20 mln dol. za sezon dla utalentowanego koszykarza, który jeszcze nie pokazał, że potrafi wziąć ciężar gry na swoje barki, to jeszcze nei recepta na sukces. Łatwo też wtedy nagły atak wody sodowej. Ciężko później pozbyć się zawodnika, który am rozdmuchany kontrakt – przy zasadach transferowych NBA trudno może być znaleźć odpowiednich partnerów do takiego dealu.

Kilka drużyn ewidentnie przepłaciło. Największe zaskoczenia pozwolę sobie zebrać w kolejnym poście. A lista może być długa. Aspekt finansowy – to więc kolejna zmiana. Nie wiadomo, czy tak rozdmuchane kontrakty to przejściowa moda (od kilku lat popularność NBA, a więc także jej zyski, rosną), czy stały trend. Obstawiam, modę, ale mogę się srogo rozczarować. Może od teraz, każdy przeciętny (w skali NBA, a nie lig europejskich) będzie dostawał 10 mln dol. za sezon.

W kolejnym poście – subiektywny ranking największych przedsezonowych pomyłek finansowych. Zdradzę tylko, że pan ze zdjęcia poniżej znajdzie się wysoko.🙂

crabbe

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Podkoszowa zmiana warty

Ostatnie sezony stoją pod znakiem wielkiej wymiany wysokich graczy w  kadrach drużyn NBA. Widać to nie tylko ze startowych piątek wielu drużyn, ale i ze statystyk. Pod kosze najlepszej ligi świata napływa świeża krew.

Dwóch na trzech najlepiej zbierających koszykarzy NBA ma 26 lat lub mniej.* (patrz metodologia na dole). Oznacza to, że urodzili się w drugiej połowie lat 80., a Bird, Magic Johnson czy Moses Malone to dla niej równie zamierzchła historia koszykówki, jak dla ich starszych kolegów z ligi urodzonych o dekadę wcześniej – np. Pete Maravich czy Bob Cousy.

To dowód na to, że ten i poprzedni sezon to okres wielkiej wymiany wiodących zawodników podkoszowych. „Stare gwiazdy”, dziś już często grubo po 30-tce oddają powoli pola młodszym kolegom. Cofnijmy się o kilka lat wstecz, do pierwszego sezonu otwierającego obecną dekadę. W dziesiątce najlepiej zbierających znajdowali się wtedy następujący gracze:

RPG

1

Kevin Love

21

13,8

2

Dwight Howard

24

13,7

3

Marcus Camby

35

13,6

4

Samuel Dalambert

28

13,3

5

Joakim Noah

24

13,2

6

DeJuan Blair

20

12,7

7

Carlos Boozer

28

11,8

8

Tim Duncan

33

11,6

9

Andrew Bogut

25

11,3

10

Eric Dampier

34

11,3

 średnia

27,2

12,6

W tym sezonie w gronie dziesięciu najlepiej zbierających w lidze pozostało tylko czterech z nich – Love, Howard, Duncan i Bogut. Za to średnia wieku najlepszej 10 spadła do 26 lat, a liczba zebranych piłek skoczyła o 0,5 zbiórki na mecz.  Oto zestawienie:

RPG

1

Andre Drummond

20

13,9

2

DeAndre Jordan

25

13,8

3

Dwight Howard

28

13,7

4

Andrew Bogut

29

13,6

5

Jordan Hill

26

13,5

6

Kevin Love

25

13,1

7

DeMarcus Cousins

23

12,8

8

Nikola Vucevic

23

12,3

9

Kenneth Faried

24

12,2

10

Tim Duncan

37

12

 średnia

26,0

13,1

Dla porównania średnia Marcina Gortata na 36 minut gry spadła w tym okresie z 11,3 rpg i 2,3 bpg do 9,6 zbiórek na mecz i 1,7 bloku. Inna sprawa, że w sezonie 2009-10 Gortat nie grał średnio 15 minut w meczu (minimum przyjęte przeze mnie do porównania – dla Gortata było to 13,4 minuty), a obecnie czas jego gry 32,6 minuty. A czas jest istotnym czynnikiem przy porównywaniu osiągnięć w przeliczeniu na czas gry. Gdyby nie niewiele minut Gortat w sezonie 2009-10 byłby 12 najlepiej zbierającym w NBA, w tym jest już dopiero 47. Młody peleton wydaje się odjeżdżać naszemu centrowi. Nawet jeśli statystyki to nie wszystko.

Patrząc na dość odmłodzone składy większości drużyn NBA (celuje w tym zwłaszcza wschód) widać, że w pierwszych piątkach wielu drużyn nastąpiła wręcz inwazja młodych środkowych. Wielu z nich jest obecnych w NBA od kilku lat, ale zwykle odgrywali role drugo, a czasami wręcz trzecioplanowe. Oto pięciu subiektywnie wybranych graczy, którzy wydają się wykorzystywać szanse, które otrzymali szanse od losu (czyli transferów, które spowodowały, że nagle dostali więcej minut gry) oraz od trenerów, którzy na nich postawili (wszystkei statystyki w przeliczeniu na 36 minut czasu gry).

Robin Lopez – 25 lat , Portland Trail Blazers

12 pkt., 9,8 zbiórki i 1,7 bloku

Robin LopezW lidze od dawna, ale nigdy jeszcze w tak ważnej i tak dobrze wykonywanej roli. Jeszcze w zeszłym sezonie zmiennik Marcina Gortata w Phoenix Suns, dziś pierwszy center Portland Trail Blazers, którzy po eksperymentach z JJ Hicksonem (zdaniem redaktora Michałowicza sobowtóra Michaela Jordana) oraz fatalnych wyborach centrów w drafcie (Greg Oden, Meyers Leonard) wreszcie znalazł swoje miejsce. Nie dość, że jest graczem wyjściowej piątki, to na dodatek jego zespół świetnie się spisuje w tym sezonie (zobaczymy co będzie w playoffach), a on doskonale odnajduje się w swojej roli. Choć statystycznie jego wyniki nie są może imponujące, to i tak lepsze niż jego krótkotrwałego mentora – Gortata. Zarówno lepiej od niego zbiera (45. Miejsce), jak i blokuje. Nieco gorsze wyniki punktowe to zapewne efekt niezłego otoczenia w postaci doskonałych strzelców – Aldridge’a, Lillarda czy Matthewsa.

 

Miles Plumlee – 25 lat, Phoenix Suns

12,8 pkt., 11,7 zbiórki i 2,3 bloku

Nowy center Suns, który zastąpił Gortata i Lopeza jest chyba jednym z największych zaskoczeń sezonu i jednym z kandydatom do nagrody Most Improved Player. Wyciągnięty z głębokiej ławki zespołu z Indiany jest w tej chwili, w przeliczeniu na 36 minut 5 najlepiej blokującym graczem NBA. Bez rozbicia na czas jest nr 7, a w zbiórkach nr 17 w całej lidze.

Miles Plumlee blokuje

Jego drużyna zajmuje niemal na półmetku miejsce dające szanse na grę w playoffs. I choć widziałem Suns w akcji w tym sezonie dwukrotnie – nie wiem dlaczego. Plumlee jest jednak klasycznym przedstawicielem ekipy Jeffa Hornacka – czyli skutecznej drużyny skleconej z materiału z recyclingu. Która na dodatek radzi sobie na wyjątkowo mocnym Zachodzie. Życzę centrowi Suns, jak najlepiej, ale wyjątkowo nie sądzę, żeby udało mu się powtórzyć wiele takich sezonów. To może być drugi Andris Biedrins (niestety).

 

 

 

Andre Drummond – 20 lat, Detroit Pistons

14,0 pkt., 13,9 zbiórki i 1,8 bloku

W zasadzie powinienem od niego zacząć, bo w chwili obecnej to najlepiej zbierający gracz NBA. Wraz z bratem bliźniakiem Gregiem Monroe (po tym, jak obaj się ogolili i zapuścili brody trudno ich odróżnić)  sprawia, że starcia podkoszowe z Pistonsami to prawdziwe wyzwanie. Drummond nieźle też broni, ale… cieniem na jego grze kładzie się skandalicznie słaba skuteczności z linii rzutów wolnych (38 proc.!), niezbyt zaawansowane możliwości gry kombinacyjnej (0,4 asysty na mecz) czy dość kiepski rzut dystansowy. Drummond ma jednak dopiero 20 lat i już stał się najefektywniej zbierającym graczem ligi. Strach się bać, co będzie dalej.

Nikola Vucević – 23 lata, Orlando Magic

14,6 pkt., 12,3 zbiórki, 1,2 bloku i 2,1 asysty

Nikola Vucević

Nie ukrywam – jestem Vuceviciem zachwycony. Osobiście uważam, że najgorsze co zrobiła Philadelphia w pogoni za Andrew Bynumem rok temu, to było pozbycie się Vucevicia. Chłopak jest moim zdaniem materiałem na jednego z najlepszych centrów NBA. W chwili obecnej prezentuje na pewno wyższe możliwości niż Bynum. Świetnie zbiera, nieźle podaje, doskonale rzuca osobiste (79 proc.), ma niezły dystans i wyjątkowo duży arsenał podkoszowy. Problem w tym, że grał dotychczas w stosunkowo słabych zespołach.

Magic brakuje tylko by Oladipo i Vucevicc nabyli więcej doświadczenia, mądrzejszego rozgrywającego niż Jameer Nelson oraz lepszego trenera.

 

DeMarcus Cousins – 23 lata, Sacramento Kings

26,2 pkt., 12,8 zbiórki, 1,1 bloka, 3,4 asysty, 2,1 stl.

Każdy, kto choć trochę interesuje się koszykówką, wie kim jest Cousins. 23-latek ma wszystkie papiery by stać się jedną z największych gwiazd ligi. I poniekąd już nią jest. Statystyczny lider Kings jest przede wszystkim gwiazdą skandali.

Cousins ma tylko jedną wadę. Ale gigantyczną – charakter. O skali jego boiskowej nonszalancji świadczy liczba strat na mecz – 3,8 straty –  żaden z 55 najlepiej zbierających ligi nie zbliża się nawet do tego niechlubnego osiągnięcia.  Równocześnie żaden z nich nie kradnie 2,1 piłki na mecz, co przy 210 cm wzrostu i 122 kg wagi jest wynikiem imponującym.

Cousinsowi brakuje trenera z charakterem, którego obdarzy szacunkiem.

Lista ciekawych graczy powinna być jeszcze dłuższa. W tym sezonie wyróżniają się bowiem tacy młodzi koszykarze, jak:

Jordan Hill (26 lat, Los Angeles Lakers) – 16,7 ppg, 13,5 rpg, 1,4 bpg

Kennetha Faried (24 lata, Denver Nuggets) – 15,6 ppg, 12,2 rpg, 1,3 bpg

Kosta Koufos (24 lata, Memphis Grizzlies) – 12,8 ppg, 11,9 rpg, 1,8 bpg

Steven Adams (20 lat, Oklahoma City Thunder) – 9,5 ppg, 10,3 rpg, 1,1 bpg

John Henson (23 lata, Milwaukee Bucks) – 15,6 ppg, 10,0 rpg, 2,8 bpg

Część z nich dostała szanse dzięki kontuzjom kolegów (Larry Sanders – Bucks, Marc Gasol – Grizzlies) czy braku rywali do podkoszowych pozycji (Hill w Lakers).

Do wyliczeń wykorzystałem dane z serwisu basketball-reference.com. Zestawienei najlepiej zbierających graczy według przyjętej metodologii wrzucę,  gdy tylko znajdę chwilę na obrobienie .xlsa, by był bardziej czytelny.

Zapraszam do polubienia profilu Fastbreak.pl na Facebooku! Dzięki temu łatwiej dowiecie się o kolejnych wpisach.

METODOLOGIA

Zestawienie opiera się na liczbie zbiórek na 36 minut gry. W celu porównania przyjąłem następujące warunki krańcowe: ok. 60 proc. rozegranych meczy w sezonie (dla 2013-14 – min. to 20, dla 2009-10 – min. to 50), nie mniej niż 15 minut średnio na mecz, powyżej 8,9 zbiórki (tylko wtedy łapie się nieszczęsny John Leuer J ). Takie kryteria spełnia 55 koszykarzy.  31 z nich ma 26 lat lub mniej (stan na 9 stycznia 2014 r.) Gortat jest 47.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Tydzień wielkich wymian

W ciągu zaledwie trzech dni 41 koszykarzy NBA zmieniło barwy klubowe. Kto najwięcej zyskał podczas wielkiej karuzeli transferowej? Subiektywne podsumowanie największych transakcji.

1. Carmelo Anthony w New York Knicks

Nawet jeśli o odejściu Melo z Nuggets mówiło się od miesięcy i na koniec i tak wylądował tam, gdzie powszechnie oczekiwano, to nic nie przebije wielkiej wymiany Nowy Jork-Denver. Dzięki niej na Wschodzie rodzi się nowy pretendent do tytułu. Jakby było ich tam już teraz mało. Najciekawsze, że obaj trenerzy George Karl z Denver i Mike D’Antoni z Nowego Jorku nie kryją niezadowolenia z wymiany. Przyjdzie im z tym żyć. Ale, że o transakcji rozpisywałem się już wcześniej, analizę można znaleźć tutaj: Byle wrócić do Nowego Jorku

Na osłodę video odpowiadające na pytanie: Dlaczego warto mieć w swojej drużynie Anthony’ego?

2. Deron Williams w New Jersey Nets

Największa transakcyjna niespodzianka sezonu. Dwukrotny uczestnik meczów gwiazd, reprezentant USA, trzeci podający całej ligi (9,7 asysty na mecz; tylko za Rondo i Nashem), szesnasty strzelec NBA (21,3 pkt na mecz) i bezapelacyjny lider Utah Jazz został oddany do jednej z gorszych drużyn ligi, która jeszcze w ubiegłym sezonie była bliska ustanowienia smutnego rekordu i zostania najgorszą ekipą w historii NBA.

Nie dość, że pogłoski o transakcji nie wyciekły do prasy czy dużych portali sportowych, to nie spodziewał się tego nawet sam Deron Williams. Nets zrobili dobry interes. Jak dobry można zarówno opisać, jak i pokazać:

D-Will to gwiazda, lider, silna osobowość, która potrafi prowadzić drużynę, nawet pełną tylko boiskowych walczaków do Playoffs, czyli miejsca, w którym Nets nie byli od czterech lat. Ale wtedy mieli Trzech Muszkieterów – Jasona Kidda, Vince’a Cartera i Richarda Jeffersona.

W zamian Jazz dostali Devina Harrisa, niezłego rozgrywającego (choć bliżej mu do tzw combo guarda), którego kariera nie rozwija się na miarę możliwości (w New Jersey miał być liderem, w Dallas pierwszym rozgrywającym drużyny z mistrzowskimi aspiracjami) oraz Derricka Favorsa, trzeci numer ubiegłorozego draftu, 19-letniego silnego skrzydłowego, któremu przepowiadana jest wielka kariera, choć na razie nie staje na wysokości zadania. Ale podobnie było z 19-letnim Kevinem Garnettem po przyjściu do NBA w 1995 roku. Do tego Jazz dostali dwa wybory w pierwszej rundzie draftów 2011 i 2012.

Na pierwszy rzut oka więcej na transakcji zyskają New Jersey Nets. Solidny zespół z wielką gwiazdą w składzie.

Jazz z kolei postawili na przyszłość. Po odejściu trenera Sloana, Carlosa Boozera do Bulls i teraz Derona Williamsa do Bulls, wyprzedali najcenniejsze aktywa i weszli w czasy wielkiej przebudowy. I choć jeszcze kilka tygodni temu byli na 5 miejscu na Zachodzie (teraz na 8 ) ich szanse na wejście do playoffs są niewielkie. Ani w tym, ani w przyszłym roku. Ale kto wie może przyszłość należy do nich?

3. Gerald Wallace w Portland Trail Blazers

Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka wymiana Celtics-Thunder, wygląda na ciekawszą. Tyle, że tam choć w grę wchodzą wielkie nazwiska nikt nie wzmocnił się tak, jak Blazers ściągając do siebie Geralda Wallace’a. Choćby dlatego:

Wiecznie kontuzjowany center Joel Przybilla, weteran i były gracz Śląska Wrocław Sean Marks i utalentowany zadaniowiec Dante Cunnigham to niewiele za gracza formatu Wallace’a. Może więc Charlotte Bobcats, oddając jednego z dwóch liderów drużyny, podobnie jak Jazz myślą głównie o przyszłości? Wtedy dwa wybory w pierwszej rundzie draftu, które dostali od Portland mają sens. Tyle, że Blazers pewnie znajdą się w playoffs, więc Bobcats co najwyżej będą mogli wybierać wśród drugiej pietnastki nadziei NBA.

Inna sprawa, że Wallace rozgrywa jeden z najgorszych sezonów od siedmiu lat, gdy trafił do Bobcats z Sacramento Kings. Może być go trudno wkomponować w drużynę, w której nie brakuje niskich skrzydłowych, brakuje za to graczy podkoszowych. Chyba, że Blazers będą chcieli grać „niskim” składem – bez centra. Co i tak się im ostatnio często zdarzało.

4. Kendrick Perkins i Nate Robinson w Oklahoma City Thunder.

Choć Boston Celtics dostali w zamian Jeffa Greena i centra Nenada Krsticia, więc na papierze mogłoby wyglądać, że to oni na tym najwięcej zyskają (Green to doskonały zawodnik, potrafiący właściwie wszystko), to w obecnym układzie personalnym Bostonu trudno wkomponować nowe nabytki. Thunder zyskują za to porządnego centra, którego im brakowało i widowiskowego rozgrywającego o wzroście ok. 170 cm (w oficjalne 177 cm nie wierzę) . Oto co stracili:

Ale a to zyskali tego pana, o którym śmiem twierdzić, że jest lepszy od wspomnianego wcześniej Geralda Wallace’a:

5. Kirk Hinrich w Atlanta Hawks

Dlaczego nie Brooks w Suns albo Williams w Clippers? Bo Hinrich to moim zdaniem jeden z najlepszych i równocześnie najbardziej niedocenianych rozgrywających NBA. Ciąży jednak nad nim fatum pierwszych numerów draftu. Bulls oddali go rok temu do Wizards, bo spadł im z nieba nr 1 draftu Derrick Rose (dziś kandydat do tytułu MVP). Wizards oddali go do Hawks, bo zupełnie niespodziewanie wylosowali nr 1 draftu a wraz z nim Johna Walla (kandydat na drugiego… Derricka Rose’a).

Do Hawks trafił też wiotki center Hilton Armstrong (przegrywał rywalizację z Javalee McGee). W drugą stronę powędrowali rozgrywający Mike Bibby (podstarzała nadzieja na drugiego Jasona Kidda) oraz Jordan Crawford i Maurice Evans (solidny niski skrzydłowy). Hawks oddali też numer w pierwszej rundzie draftu.

Dla Hawks ta wymiana ma więcej sensu niż dla Wizards. Hinrich to świetny rozgrywający, myślący, który potrafi wkomponować się w drużynę, podawać, rzucać za trzy – czyli gwarantuje stabilizację na parkiecie, której Bibby nie dawał. Pod koszem, po tym jak Al Horford „przebranżowił” się z centra na silnego skrzydłowego, spychając Marvina Williamsa na ławkę, Hawks mieli dziurę oraz Zazę Pachulię, a na drugim planie mięso armatnie: Jasona Collinsa, Josha Powella i Etana Thomasa. Armstrong to przynajmniej jakaś alternatywa dla Pachulii.

A Bibby skazany jest chyba na emeryturę na ławce i statystowanie młodym wilczkom takim jak – Nick Young i John Wall.

Story of Kirk Hinrich:

6. Mo Williams w Los Angeles Clippers – Baron Davis w Cleveland Cavaliers

Nie wiem, kto na tym zyska więcej. Uważam jednak, że Davis to lepszy koszykarz, który trafi do drużyny lepszego trenera (Byron Scott), której na dodatek na Wschodzie NBA kibicuje. 🙂

Problem w tym, że Cleveland Cavaliers to obecnie najgorsza drużyna w NBA (w poprzednim sezonie dla odmiany najlepsza), a zarówno Davis, jak i Williams grają fatalnie. W przypadku Davisa to najgorszy sezon od 10 lat, a Williamsa od 5 lat.

Dla osłody pozostaje nadzieja na lepszą przyszłość i wspomnienie jak grali niegdyś:

Szkoda Baron, że zwiałeś z Golden State.

Nie wiem czy wymiana kogokolwiek wzmocni – a języczkiem uwagi może być wybór w pierwszej rundzie draftu, który trafił do Cleveland. Clippers raczej w playoff nie zagoszczą, więc może byćto cąłkiem wysoki wybór i całkiem niezły zawodnik. Clippers dostali jeszcze Jamario Moona, ale ten najlepsze lata przeżywał w Toronto Raptors. W Cavs był już cieniem samego siebie. Może w Clippers odżyje, bo drużyna z LA cierpi na chroniczny brak dobrego niskiego skrzydłowego (rywalizacja między Rasualem Butlerem, Ryanem Gomesem i rookie Al Farouq Aminu).

7. Aaron Brooks w Phoenix Suns

Suns ubili dobry interes – za kieszonkowego, przyszłościowego koszykarza, który w playoffach udowodnił już, że potrafi być liderem drużyny, oddali chimerycznego rozgrywającego Gorana Dragicia, który zamiast robić postępy, wyraźnie się w tym sezonie cofa. I żadnym usprawiedliwieniem nie są dwa-trzy dobre mecze z poprzednich playoffs.

Wymiana Suns-Rockets to teżsygnał, że w Phoenix myślą już na poważnie jak zastąpić Steve’a Nasha. Nie zdziwiłbym się, gdyby Nash dograł do końca kontraktu i zawiesił trampki na kołku. A kontrakt kończy mu się za rok. W najczarniejszym scenariuszu, jeśli w NBA dojdzie do lokautu, i kibicom i Marcinowi Gortatowi zostało zaledwie kilkadziesiąt ostatnich meczów Nasha do obejrzenia. Oby był to tylko pesymizm.

A oto, co potrafi chłopak o twarzy Chrisa Rocka – czyli Aaron Brooks:

8. Hasheem Thabeet w Houston Rockets – Shane Battier w Memphis Grizzlies

Można się sprzeczać, kto na tej transakcji więcej zyska. Shane Battier to gracza bardziej znany – ceniony obrońca, kapitan Rockets i podobno niezrównany kumpel w szatni. Hasheem Thabeet to niby drugi numer draftu 2009 roku (tuż za Blake’iem Griffinem), ale na boisku nie zwykł tego pokazywać. Tyle, że Rockets, po kontuzji Yao Minga (nie wiadomo, czy nie zakończy ona jego kariery), nie za bardzo ma kogo wystawiać na centrze. Brad Miller zbliża się do emerytury, Jordan Hill nie pokazuje umiejętności pierwszego centra, więc pozostaje Chucky Hayes, który co prawda walczy i przepycha się pod koszem, ale ma zaledwie 198 cm wzrostu (co znając amerykański sposób mierzenia oznacza ok. 195 cm). Houston Rockets mogli więc rywalizować z Anwilem Włocławek (Eric Hicks) w kategorii najniższy center w profesjonalnej koszykówce.

Thabeet ma talent. Teraz ma jeszcze miejsce, by dostać minuty gry i go pokazać. Battier w Memphis się przyda – choćby po to, by kryć najgroźniejszych zawodników przeciwnika i luzować gwiazdę Grizzlies Rudy Gaya.

Na deser w transakcji znaleźli się młody rozgrywający Ishmael Smith (do Grizzlies) i wysoki skrzydłowy DeMarre Carroll (do Rockets).

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY


Dodaj komentarz

Filed under NBA

Byle wrócić do Nowego Jorku

Wielka opera mydlana dobiegła końca. Carmelo Anthony, gracz ze ścisłego panteonu gwiazd NBA, po miesiącach dostarczania plotek dla magazynów sportowych na całym świecie zmienił klub. Obyło się bez zaskoczeń. Z Denver Nuggets Anthony przeniósł się do New York Knicks.

Carmelo Anthony tęsknił do domu. Urodzony w Nowym Jorku absolwent Syracuse postawił wszystko na jedną kartę

Knicks oddali za Anthony’ego wszystko, co mieli cennego, oprócz jednego koszykarza – Amare Stoudmire’a. Generalny menedżer Donnie Walsh i właściciel James Dolan liczą teraz na zbudowanie wielkich Knicks na dwóch zawodnikach. Bulls i Jazz w latach 90-tych się udało, Lakers i Spurs na przełomie wieków również. I choć ostatnio jest raczej moda na trojaczki (Lakers – Bryant, Gasol, Odom; Celtics – Garnett, Allen, Pierce; Spurs – Duncan, Parker, Ginobili) nie oznacza to, że Knicks są bez szans.

Słowem wstępu dla mniej wtajemniczonych. Anthony to przez ostatnie 7 lat bezapelacyjny lider Denver Nuggets, drużyny, która w 2009 r. dzielnie stawiała czołow w finale konferencji zachodniej LA Lakers. Pewny niemal kandydat do Basketball Hall of Fame. Wybrany w 2003 r. z trzecim numerem draftu (za Lebronem Jamesem) i tuż przed Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem.

Dlaczego więc Denver pozbywa się Anthony’ego? Anthony nie chciał z drużyną z Colorado przedłużyć kontraktu (65 mln dol. za 3 lata gry, jedna z najwyższych pensji we współczesnym sporcie). By móc na Anthonym zarobić Denver postanowili go wymienić, bo za rok ich gwiazda trafiłaby za darmo do konkurencji. Najprawdopodobniej do drużyny, która dałaby więcej.W podobny sposób Cleveland stracili latem Lebrona Jamesa – dla wielu najlepszego obecnie koszykarza globu.

Poszukiwania nowego domu dla Anthony’ego zaczęły się jeszcze przed tym sezonem od pogłosek o jego przejściu do Nowego  Jorku, a zakończyły się transakcją z Nowym Jorkiem na 2 dni przed transferowym deadlinem (24 luty). Mydlana opera zatoczyła koło.

Knicks oddali do Nuggets – Raymonda Feltona, Wilsona Chandlera, Danilo Galinariego i Timofieja Mozgowa, czyli 70 proc. podstawowego składu (bez Stoudemire’a i Landry Fieldsa). W zamian jako dodatek do Anthony’ego otrzymali niezłego staruszka (prawie 35-letni Chauncey Billups) oraz pakiet rezerwowych, którzy od lat mają kłopoty ze znalezieniem sobie klubu (Shelden Williams – szósty klub w 5 sezonów, Anthony Carter, Renaldo Balkman).

Kto na tym zyska? Mam nadzieję, że wszyscy. Denver wciąż ma niezły skład (Felton/Lawson, Afflalo, Chandler, Martin, Nene), świetnego trenera (George Karl) i szanse na playoffs. Nowy Jork – dwie megagwiazdy Anthony’ego i Stoudemire’a – otoczone zespołem przeciętniaków. Na pierwszy rzut oka lepiej wychodzą na tym Nuggets. Moim jednak zdaniem to Knicks staną się dzięki tej transakcji nową siłą NBA.

Anthony to dystansowy morderca o wzroście 203 cm. Stoudemire doskonale gra pod koszem, ale od kilku sezonów też świetnie rzuca z krótkiego dystansu. Trudno grać przeciwko drużynie, której dwie największe gwiazdy mogą automatycznie razić z każdego miejsca na boisku. Aby ten miks był morderczy potrzebny jest tylko dobry rozgrywający. Takiego Knicks zyskują w osobie Billupsa. Tyle, że to broń krótkookresowa. Billups (mistrz NBA z Pistons) skończy w tym roku 35 lat. A Anthony i Stoudemire będą grać ze sobą najprawdopodobniej przez najbliższe 4 sezony (jak wynikałoby z ich kontraktów).

Cała nadzieja w trenerze Mike’u D’Antonim. Felton, przez lata pierwszy rozgrywający Bobcats, w Knicks był odkryciem grając najlepszy sezon w karierze. To jego i świetnego, skutecznego zadaniowca Chandlera żal najbardziej. Mike D’Antoni ma jednak dobrą rękę do rozgrywających. Pod jego okiem przeciętniacy stają się ligowymi średniakami (Chris Duhon rok temu), a średniacy awansujądo pierwszej ligi (Felton). Przeciętniaków i średniaków na niskich pozycjach jest w NBA naprawdę sporo. I wielu ma duży, niewykorzystany talent. D’Antoni ma czas by znaleźć kolejny diamencik. Na razie muszą mu wystarczyć Toney Douglas (dobrze ruca, słabo rozgrywa) i rookie Andy Rautins (na uczelni Syracuse – tej samej z której wywodzi się Anthony – był prawdziwym przywódcą) i weteran Anthony Carter.

Przy okazji Knicks zadbali, by Landry Fields (może grać na dwóch pozycjach SG i SF) nie czuł się samotny i bezkonkurencyjny, i ściągneli z Timberwolves Coreya Brewera. Oddali niechcianych i ciążących im na budżecie Eddy’ego Curry i Anthony’ego Randolpha. Tyle, że Brewer to jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych i szalonych koszykarzy zaludniających parkiety NBA. Wielkiej kariery w Knicks mu nie wróżę, mimo że D’Antoni preferuje szalone tempo i krótkie akcje.

Denver wyszło na transakcji nieźle – lepiej jest dostać kilku dobrych koszykarzy niż zadowolić się niczym. Ale to Knicks zagwarantowali sobie przyszłość w gronie pretendentów do tytułu mistrzowskiego. A tego ostatniego nie zdobyli o 1973 roku, gdy drużyną Knickerbockers rządzili Walt Frazier, Bill Bradley i Earl Monroe, a tło dla nich stanowił Phil Jackson. Ostatni mistrzowie w najbliższych latach kończą siedemdziesiątkę. Czas na następców.

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Photo – Source: flickr.com. Author: ballerblogger

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Goodbye Mr. Sloan

Jerry Sloan po 23 latach pożegnał się w czwartek z NBA. Szybko, zdecydowanie i niespodziewanie.

Podobno po konflikcie z Deronem Williamsem (choć czytelnicy ESPN odżegnują od czci i wiary Rica Buchera, który rozsiewa taką wersję wydarzeń) lub jak kto woli, bo miał dość. Na ten drugi wariant wskazywałyby też warunki umowy, która zakładała, że Sloan może odejść kiedy zechce. Zechciał i odszedł.

Z 23 latami u sterów Utah Jazz Mr. Sloan ustępował tylko Aleksowi Fergusonowi w Manchester United.

Co dwóch to nie pięciu

Gdy kilka tygodni oglądałem listopadowe starcie Jazz z Lakers (wygrane przez Utah) nie mogłem zrozumieć, jak to się dzieje, że Jazz przez ostatnie 21 z 22  sezonów są na plusie. Bardzo prosty schemat gry, z wykorzystaniem miksu pick-and-roll i gry inside-outside sprawia, że bez względu na wykonawców Utah zwykle gra w playoffach. Tyle, że po odejściu Carlosa Boozera do Bulls nawet pick-and-rolle są już nie te, a mimo to Jazz zajmowali 5. miejsce na Zachodzie.

Sloanowi wystarczały zwykle superduety i zespoł zadaniowców. Nie sposób nie wspomnieć  Johna Stocktona i Karla Malone’a, ale nawet wówczas ich otoczenie było dość przeciętne. Pomijając może tylko Jeffa Hornacka, trudno uznać Grega Ostertaga, Bryona Russela, Shandona Andersona, Howarda Eisleya, Chrisa Morrisa czy Antoine’a Carra za graczy, którzy odcisneli trwałe piętno na koszykówce NBA. Świadczą o tym przede wszystkim ich kariery. I choć np. do Carra mam sentyment za lata gry w trykocie San Antonio Spurs, to muszę przyznać, że gdyby wspomniana szóstka grała np. w Washington Bullets, Minnesota Timberwolves czy Sacramento Kings, a nie w finałach NBA AD 1997 i 1998 niewielu by o nich pamiętało.

Po erze Stocktona i Malone’a nie było już tak wesoło. Po trzyletnim załamaniu (2004-07), gdy Jazz nie awansowali do playoff (choć wcale słabo się nie spisywali) do drużyny trafili Deron Williams i Carlos Boozer. Jazz wrócili do czołówki i zaczęła się nowa era. Teraz nie ma w drużynie ani Boozera, ani superzadaniowców Harpringa, Korvera czy Brewera. A mimo to Jazz wciąż walczą o miejsca 5-6 na Zachodzie. Nowy center Al Jefferson tylko na poziomie pensji zastępował Boozera (świetny rzut z dystansu), a Andriej Kirilenko popadł w rutynę.

Co dalej z Jazz?

Nigdy kibicem Jazz nie byłem. Za dużo w tej grze było schematów, za mało polotu. Zespół z Williamsem i Boozerem i tak podobał mi się o niebo bardziej niż za czasów Stocktona i Malone’a. Co dalej?

Wiele zależy od tego, jakim trenerem będzie Tyrone Corbin, który pobierał przecież lekcje u Sloana zarówno jako gracz, jak i asystent. (Swoją drogą drużyna z Corbinem, która w latach 1992-94 do finałów nie dotarła z superstrzelecem Jeffem Malone, Davidem Benoit i Tomem Chambersem wydaje mi się nawet ciekawsza od ekipy Mistrzów Zachodu ’97-98).

Jeśli jednak Corbin nie dorówna Sloanowi marnie przyszłość Jazz widzę. W drużynie została tylko jedna gwiazda, która sama może rozstrzygać o wyniku (ale tylko wtedy, gdy ten jest bliski) – Deron Williams, reszta to zadaniowcy, których u konkurentów na pęczki. Jeden Al Jefferson wiosny nie czyni. A i on to raczej podkoszowy bumper niż gracz pokroju All-Star Game. Choć muszę przyznać, że Earl Watson i Ronnie Price robią wrażenie, tyle, że akurat oni są skazani na wchodzenie z ławki, bo grają na pozycji Williamsa.  A Millsap, choć waleczny i statystyki ma świetne jest jednak zbyt niski by na pozycji PF robić różnicę.

Nadzieją Jazz mogą być więc transfery, nagłe przebudzenie obiecującego rookie Gordona Haywarda lub… spadek na koniec stawki. To ostatnie da im szanse w drafcie, a najbliższy wygląda obiecująco (Jared Sullinger i Perry Jones III mogą stać się gwiazdami NBA – ale o draftach w następnym poście).

Przychodzi mi do głowy transfer, który byłby korzystny zarowno dla Jazz, jak i ich rywali. Co byście powiedzieli, gdyby Ron Artest z Lakersów trafił do Salt Lake City w zamian za Paula Millsapa? Artest chce odejść, Phil Jackson go nie chce, a z Millsapem Lakers byliby nie do ogrania. Artest, który ma większy potencjał niż pokazuje obecnie w LA, byłby wzmocnieniem Jazz. Pod względem salary transakcja ma szanse powodzenia.

Nowa generacja

Odejście Sloana to schyłek generacji. Z trenerkąpozegnali się już Pat Riley, Don Nelson (tego akurat nie żałuję), Lenny Wilkens, Hubie Brown, możliwe że karierę lada chwila skończą też George Karl i wyrzucony z Bobcats Larry Brown. Phil Jackson od kilku lat mówi o ostatnim sezonie z Lakersami. Czas na nową myśl trenerską. Avery Johnson, Sam Mitchell, Monty Williams, Mike Brown, Lawrence Frank czy  Scott Brooks mogą być tymi, którzy zbudują kolejne dynastie. Charakteru im nie brakuje. Ale jak pokazują ostatnie lata właścicielom klubów i ich generalnym menedżerom brakuje trochę charakteru, by te silne osobowości dopuścić do sterów i trwale im zaufać.

 

Photo by sdfsadfsdfsdf. Source: flickr.com

 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Gortat a All-Star Game

Czy polski jedynak w NBA po przeprowadzce do Phoenix Suns może stać się prawdziwą gwiazdą? Nie sądzę.

Marcin Gortat musi chwycić nadarzającą się okazję na zrobienie kariery

Zdania speców od NBA są w tej sprawie, można rzec, że jak zwykle, podzielone. Jedni uważają, że kilka meczy z podwójnymi zdobyczami punktowymi i zbiórkami to za mało, zdaniem innych, to w połowie zasługa Steve’a Nasha (sam Gortat tak twierdzi), a optymiści wieszczą, że to tylko początek. Gdy tylko Gortat wdroży się w naoliwione podaniami Nasha granie zespołowe, droga do prawdziwego sukcesu stanie przed nim otworem.

Dlaczego daleko mi do optymizmu:

1) Gortat ma problem z rzutami z dystansu

Polskiemu centrowi brakuje automatyzmu. Nikt nie wymaga od niego, by rzucał podobnie jak o kilka centymetrów niźsi Carlos Boozer, David West czy Elton Brand. Ale bez skuteczności z dystansu jego gra jest czytelna dla przeciwnika. Po pick-and-rollu, po którym przeciwnik zamyka mu możliwość wejście pod kosz Gortat przestaje być dużym zagrożeniem w ofensywie.A na pick-and-pop jest za słaby.

Najlepszy przykład to mecz z Oklahoma City Thunder z 4 lutego 2011, gdy kilkakrotnie zmuszony był rzucać z 5-7 metrów po pick-and-rollach i w efekcie miał skuteczność rzutów z gry 3 na 10 .

http://www.basketball-reference.com/boxscores/201102040PHO.html

2) Gortat nie jest agresywny w walce pod tablicami przeciwnika

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Polak to klasyczny walczak. Tylko czemu zdarzają mu się mecze, gdy zbierając 8-10 piłek żadnej nii zdobywa w ataku? Polak nie idzie po rzucie kolegów do zbiórek. Sporo mógłby się tu nauczyć choćby od Paula Millsapa z Utah czy od Chuckye’ego Hayesa z Rockets. Za oboma nie przepadam, ale ich skuteczność pod tablicami jest imponująca.

Brak zbiórek w ataku niesie za sobą spadek efektywności Gortata. Jego zespół ma niejsze szanse na ponawiania akcji, a on na więcej punktów z dobitek lub wolnych, ewentualnie na więcej asyst z odegrań na obwód. Aż prosi się, by powielić model z Orlando z Dwightem Howardem – grę inside-outside (najlepiej sprzed 2-3 lat). Ale do tego trzeba zbiórek w ofensywie lub przynajmniej takiej gry, by rywale uważali, że Gortat jest na tyle groźny, że trzeba go podwajać.

Na koniec przykład liczbowy. Polak w Phoenix zbiera średnio w ataku 1,6 piłki na mecz w 25 minut (na 10 lutego 2011).  Niemal identyczny wskaźnik miał w Orlando, gdy grając ok. 16 minut zbierał 1,5 piłki. Lepszą średnią może się obecnie pochwalić w NBA aż 47 koszykarzy. Z czego aż 25 spędzających średnio na parkiecie od 15 do 29 minut.

Są wśród nich takie tuzy jak: JaValee McGee, Kris Humphries, Amir Johnson, Greg Monroe, DeAndre Jordan, Darko Milicic, Derrick Favors czy Jordan Hill. I to oni (może poza Hillem) są bliżej wielkiej kariery niż Gortat.

3) There is no future without Nash

Każdy, kto widział przynajmniej kilka meczy Gortata w Suns, musi przyznać, że Nash kreuje grę Polaka. Kanadyjczyk lubi pick-and-rolle, Polak ma problemy z grą jakichkolwiek innych zagrywek w ataku.

I tu są dwa kłopoty. Po pierwsze Nash ma 37 lat, a że blisko mu do emerytury, włodarze klubu chcieliby na nim coś jeszcze zyskać, stąd plotki o transferze Kanadyjczyka. Bez Nasha nie ma wiele Gortata w ataku. Drugi rozgrywający Goran Dragić, choć w poruszaniu się po boisku Nasha przypomina (charakterystyczne biegi okrążające i crossy przez obronę) nie tylko nie podaje tak dobrze (6 as. na 36 minut przy 12 asystach Nasha w tym samym czasie), ale na dodatek niechętnie podaje Polakowi (przypomina się Jameer Nelson). Jest jeszcze trzeci rozgrywający – Zabian Dowdell, ale to wielka niewiadoma (dużo prostych błędów).

Wszystko to, co napisałem nie znaczy, że Polak nie jest wartościowym graczem. Jako facet od czarnej roboty sprawdza się doskonale. Ale statusu gwiazdy w NBA i uczestnictwa w meczach All Star (choćby raz!) nie osiąga się czarną robotą. I nawet jeśli ktoś poda przykład Denisa Rodmana to Polakowi do „Robaka” brakuje jednak podobnych umiejętności zbierania piłek.  Zwłaszcza w ataku.

Pomimo tych wszystkich uwag jestem przekonany, że przenosiny Gortata do Phoenix to krok do przodu. Powodzenia!

Photo – Source: flickr.com, Author: ebabyenglish2

3 Komentarze

Filed under NBA