Tag Archives: Wilson Chandler

Młodzi, ale zbyt mało gniewni?

Tak słabo draftu jak ubiegłoroczny nie widziano w NBA od dawna – wydają się mówić statystyki. Może jednak za wcześnie o tym przesądzać. Kilka uśpionych talentów ma szansę się obudzić. Pierwszą oznaką może być triumf debiutantów w meczu Rookie-Sophomores. Być może nie ostatnią.

Nr 1 draftu John Wall.

Na papierze ten sezon wygląda dla debiutantów fatalnie. Tylko trzech uczestników draftu 2010 ma średnie punktowe powyżej 10 pkt./mecz (John Wall, DeMarcus Cousins i Landry Fields), zaledwie 10 gra powyżej 20 minut na mecz, a 16 powyżej 15 min. Można do tego grona dorzucić jeszcze Blake’a Griffina, ale i tak pod względem punktów i minut, gorszych debiutantów od tegorocznych jeszcze w tym wieku nie widziano. Czy naprawdę jest tak źle?

*Dla zainteresowanych statystykami i podsumowaniami na końcu postu wyliczenia dla ostatnich sezonów.

 

„Śpiochy” są wśród nas

Śmiem twierdzić, że tegoroczny draft, a szerzej ujmując tegoroczni debiutanci, mają wcale nie gorszy potencjał od swoich kolegów, którzy do NBA trafili wcześniej. Pominę gwiazdy – Johna Walla i Blake’a Griffina, bo dwa rodzynki w liczącej kilkuset koszykarzy grupie chłopaków, którzy przewinęli się w wakacje przez obozy klubów NBA i Summer League, nie mają wpływu na średnią. Oczywiście, wywód jest teoretyczny, bo nie można skali talentu pokazać liczbami.

Co trzeba zrobić, by zaistnieć od początku w NBA? Niestety całkiem sporo. Mieć talent, szczęście do trenera, szczęście do sytuacji w drużynie, silną psychikę i wpasować się do zespołu w szatni. No i oczywiście ciężko harować u unikać kontuzji.

Zakładając talent i harówkę – pozostają więc już tylko głowa, zdrowie i szczęście. Z głową bywa różnie, ale w końcu można nad sobą panować. Dużo gorzej ze szczęściem i zdrowiem.

Przykładami koszykarzy z ostatnich lat, którzy mieli szczęście do sytuacji w drużynie (spełniając pozostałe warunki) są m.in. Jonas Jarebko z Pistons (kontuzje wykazały braki na pozycji SF), Anthony Morrow w Warriors (kontuzje Ellisa i Azubuike), Chris Douglas-Roberts w Nets czy Johnny Flynn w Minnesocie (nie mieli rozgrywającego). Możnaby wymieniać dalej (np. Courtney Lee w Orlando Magic).

W drugą stronę można wymienić np. Jarryda Baylessa, świetnego koszykarza, i jego przygody w Blazers, gdzie trudno było rywalizować z gwiazdą (Brandon Roy- przykład Wesa Matthewsa pokazuje, że gdy nie ma Roya, a ma się talent, głowę i pracę można stać się kimś, nie będąc nawet w drafcie).

Oczywiście szczęściu trzeba pomóc. Można to zrobić np. wytrwałością – co zwykle zajmuje kilka lat. Przykładem takich karier są koszykarze, których nazywam „ŚPIOCHAMI”. Oto kilku z nich z Draftu 2007:

Rodney STUCKEY (nr 15)

Stuckey miał zarówno talent, jak i sporo szczęścia.

Stuckey trafił do drużyny Billupsa. Wysoko postawiona poprzeczka, ale można się czegoś nauczyć. Zwłaszcza, że Stuckey dostał szansę na bycie nr 2. Sytuacja się jednak nagle zmieniła, gdy Billupsa trafił do Denver za Iversona, a z Iversonem długo w Detroit nie wytrzymali.

Średnie z pierwszego sezonu: 19 minut, 7,6 ppg/2,3 as.

Średnie z tego sezonu: 30 minut, 15,1 ppg/4,4 as. (poprzedni był lepszy 16,6 ppg/4,8 as.)

Nick YOUNG (nr 16)

Podobnie jak Stuckey, Young trafił do drużyny z wyraźnym liderem i to grającym na tej samej pozycji – Arenasem. Young też dostał szanse. A gdy Arenas zniknął, stał się liderem.

Średnie z pierwszego sezonu: 15,4 minuty, 7,5 ppg

Średnie z tego sezonu: 31,7 minuty, 17,8 ppg

Wilson CHANDLER (nr 23)

Wilson Chandler to szara eminencja. Lider, który nie potrzebuje być na pierwszym planie

Na początku zadaniowiec, w ubiegłym sezonie, gdy nie było jeszcze Amare – lider. Z nim w składzie nawet zyskał na statystykach.

Średnie z pierwszego sezonu: 19,6 minuty, 7,6 ppg/3,6 rpg

Średnie z tego sezonu: 34,4 minuty, 16,5 ppg/5,9 rpg

Aaron BROOKS (nr 26)

Średnie z pierwszego sezonu: 11,9 minuty, 5,2 ppg/1,7 as.

Średnie z poprzedniego sezonu (gdy nie był ciągle kontuzjowany): 35,6 minuty, 19,6 ppg/2,6 ass

Draft 2007 ma kilka innych, podobnie spektakularnych przykładów: Joakim Noah, Jared Dudley i Carl Landry podobnie przebili się do pierwszych piątek lub przynajmniej jak Dudley stali się „pierwszymi z ławki”.

 

Kandydaci na śpiocha

Jak już powiedziało się, że każdy draft ma swoich śpiochów, czas zaryzykować i wskazać kilku koszykarzy, którzy mają szanse pójść drogą kolegów z poprzednich roczników. Pominę tu graczy z pierwszej piątki draftu – jeśli znaleźli się już tak wysoko, to ktoś uznał, że nie po to wydaje się całkiem spore pieniądze na młodego, niesprawdzonego koszykarza, by nie dawać mu minut gry (od 3 do 5 mln dol. za sezon). Oni swoją szanse dostaną. Podobnie jak kilku ich kolegów z miejsc do 10-tego. Oto moje typy:

Greivis VASQUEZ (nr 28, Memphis Grizzlies)

Czy Vasquez da radę grać na parkietach NBA tak, jak to robił w Maryland Terrapins?

Kiedy oglądałem w ubiegłym sezonie kilka spotkań Maryland Terrapins, Vasquez bezsprzecznie dominował w nich na boisku. Żadne tam wielkie wsady, efektywne alley-oopy tylko świetna kontrola tempa gry, gra piłką, szerokie pole widzenia, umiejętność brania odpowiedzialności w swoje ręce. Vasquez to moim zdaniem jeden z najbardziej wszechstronnych koszykarzy tego draftu. Jeśli dostanie szanse (a na razie dostaje 12 minut w meczu, ale w miarę regularnie), a zdrowie dopisze, może pozostać w tej lidze przez kilkanaście najbliższych lat. Mike Conley ma silnego konkurenta.

Damion JAMES (nr 24, New Jersey Nets)

Gwiazda Texas Longhorns szansy nie dostaje. Zaledwie 19 rozegranych spotkań to dla chłopaka, który potrafił zbierać w NCAA po 10 zbiórek w meczu, rzucać 15-18 pkt i jeszcze mieć skuteczność za 3 punkty bliską 40 proc. to niewiele. James to wielki talent. Szkoda byłoby go zmarnować. Na szczęscie pod nieobecność kontuzjowanego Travisa Outlawa zaczął pojawiać się w pierwszej piątce Nets.

Patrick PATTERSON (nr 14, Houston Rockets)

Silny skrzydłowy z Kentucky ma automatyzm rzutowy Davida Westa. I ma szansę zrobić podobną karierę. Na przeszkodzie stoi tylko Luis Scola. Ale od Scoli można się sporo nauczyć w grze podkoszowej. Z Pattersona będą ludzie.

Ed DAVIS (nr 13, Toronto Raptors)

Z całej tej czwórki dostaje najwięcej szans. Zagrał już ponad 40 meczy po 22 minuty w każdym. Jego rywalem o miejsce w składzie Toronto jest głównie Amir Johnson. I choć Johnson jest równie dobry, jak i niedoceniany, Davis ma spore szanse na karierę. Nieźle rzuca, świetnie zbiera, gdyby jeszcze potrafił lepiej „udawać” centra byłoby mu w Raptors dużo łatwiej.

Al-Farouq AMINU (nr 8, Los Angeles Clippers)

W zasadzie nie powinienem umieszczać tu nikogo z tak wysokim numerem (a żałuję, bo z Grega Monroe czy Paula George’a też mogą być ludzie), ale w przypadku Aminu zrobię wyjątek. Moim zdaniem to jeden z największych talentów tego draftu. Niezwykłej, jak na gracza o wzroście 6’9″, motoryce towarzyszą doskonałe umiejętności rzutowe (35 proc. za trzy!). Aminu jest bardzo młody – dopiero w październiku 2010 przestał być nastolatkiem. Jest systematycznie ogrywany – zagrał we wszystkich meczach Clippers, średnio po 18 minut.

W przypadku tak młodych graczy wiele zależy od „głowy”. Aminu ma szansę, bo Clippers nie mają wielkich gwiazd na pozycji niskiego  skrzydłowego (Ryan Gomes, Rasual Butler, Jamario Moon). Teoretycznie, jużteraz mógłby stać się kimś. Na razie tak się nie dzieje. I to może niepokoić. Ale Garnett (jako PF) na początku też się tylko ogrywał w cieniu Laettnera, Gugliotty i Mitchella. Tyle, że tamci byli nieco lepszymi zawodnikami niż Gomes, Butler i Moon.

Xavier HENRY (nr 12, Memphis Grizzlies)

Od początku sezonu Grizzlies mieli nadzieję, że Henry będzie następcą OJ Mayo. Urodzony w Belgii Amerykanin na razie tego nie potwierdza.

Umieszczam go tu za zasługi przeszłe. Umiejętności motoryczne i przywódcze (co pokazał grając w Kansas) ma świetne. Tyle, że w meczach Grizzlies, które widziałem, grał fatalnie. Analitycy zwracają uwagę, że jest bardzo młody (19 lat, 1991 rocznik). Mam swoje wątpliwości, ale papiery na granie ma, a sytuacja na jego pozycji (rzucający obrońca) w Memphis robi się interesująca – OJ Mayo jest na wylocie, Tony Allen wykorzystywany jest w podobnym charakterze jak w Celtics (zadaniowiec z ławki), a Sam Young mecze świetne przeplata fatalnymi. Henry ma wszystko, by wykorzystać szansę.

Na razie ten sezon jest dla debiutantów rozczarowaniem. Dla mnie także.

Gdyw ubiegłym roku oglądałem mecze NCAA, byłem niemal pewny, że kilku z utalentowanych graczy akademickich w NBA się znajdzie. Lista brakujących jest długa. Po fatalnym sezonie w UConn jego gwiazdy – Stanley Robinson i Jerome Dyson – nie powąchały jeszcze parkietów zawodowych. Robinson ledwo (nr 59) do draftu się załapał. Nie udało się to m.in. dla Wayne’a Chisma i JP Prince’a z Tennessee czy Omara Samhana z St. Mary. Dużym zaskoczeniem jest brak w drafcie Matta Bouldina z Gonzagi (gra gdzieśna zapleczu ligi greckiej). Szkoda Scottiego Reynoldsa z Villanovy, Jona Scheyera z Duke (nawet mistrzostwo NCAA mu nie pomogło), Marquisa Gilstrapa z Iowa State i Artsioma Parakhouskiego z Radford (lider NCAA w zbiórkach).

Sąteż tacy jak Stanley Robinson, którzy do draftu trafili, ale jeszcze nie zadebiutowali (i może nigdy tak się nie stanie): Dexter Pittman z Texasu, Darrington Hobson z New Mexico czy Jarvis Varnado z Mississipi State. Ale najbardziej żałuję gwiazdy West Virginii Da’seana Butlera. Jego młodszy (i moim zdaniem gorszy kolega) David Ebanks grywa w Lakers. Butlera Miami zwolnili na kilka tygodni przed początkiem sezonu. Może ktoś wie, co teraz porabia?

Wracając do poprzedniego wpisu. Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Porównanie debiutanckich sezonów (w nawiasie numer draftu):

PUNKTY – >10 ppg

2010 – 4 graczy – Wall (1), Cousins (5), Fields (39) – Griffin (1) z draftu 2009

2009 – 9 graczy – Harden (3), Evans (4), Flynn (6), Curry (7), Jennings (10), D. Collison (21), Casspi (23), Thornton (43), R. Williams (n/d)

2008 – 13 graczy – Rose (1), Beasley (2), Mayo (3), Westbrook (4), Love (5), E. Gordon (7), Augustin (9), B. Lopez (10), Thompson (12), Chalmers (34), Morrow (n/d) – Fernandez (24), M.Gasol (41) z poprzedniego draftu

2007 – 6 graczy – Durant (2), Horford (3), Green (5), Thornton (14) – Navarro (39) i Scola (55) z draftu 2002

MINUTY – >20 mpg

2010 – 11 graczy

2009 – 18 graczy

2008 – 19 graczy

2007 – 16 graczy

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Draft, NBA

Byle wrócić do Nowego Jorku

Wielka opera mydlana dobiegła końca. Carmelo Anthony, gracz ze ścisłego panteonu gwiazd NBA, po miesiącach dostarczania plotek dla magazynów sportowych na całym świecie zmienił klub. Obyło się bez zaskoczeń. Z Denver Nuggets Anthony przeniósł się do New York Knicks.

Carmelo Anthony tęsknił do domu. Urodzony w Nowym Jorku absolwent Syracuse postawił wszystko na jedną kartę

Knicks oddali za Anthony’ego wszystko, co mieli cennego, oprócz jednego koszykarza – Amare Stoudmire’a. Generalny menedżer Donnie Walsh i właściciel James Dolan liczą teraz na zbudowanie wielkich Knicks na dwóch zawodnikach. Bulls i Jazz w latach 90-tych się udało, Lakers i Spurs na przełomie wieków również. I choć ostatnio jest raczej moda na trojaczki (Lakers – Bryant, Gasol, Odom; Celtics – Garnett, Allen, Pierce; Spurs – Duncan, Parker, Ginobili) nie oznacza to, że Knicks są bez szans.

Słowem wstępu dla mniej wtajemniczonych. Anthony to przez ostatnie 7 lat bezapelacyjny lider Denver Nuggets, drużyny, która w 2009 r. dzielnie stawiała czołow w finale konferencji zachodniej LA Lakers. Pewny niemal kandydat do Basketball Hall of Fame. Wybrany w 2003 r. z trzecim numerem draftu (za Lebronem Jamesem) i tuż przed Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem.

Dlaczego więc Denver pozbywa się Anthony’ego? Anthony nie chciał z drużyną z Colorado przedłużyć kontraktu (65 mln dol. za 3 lata gry, jedna z najwyższych pensji we współczesnym sporcie). By móc na Anthonym zarobić Denver postanowili go wymienić, bo za rok ich gwiazda trafiłaby za darmo do konkurencji. Najprawdopodobniej do drużyny, która dałaby więcej.W podobny sposób Cleveland stracili latem Lebrona Jamesa – dla wielu najlepszego obecnie koszykarza globu.

Poszukiwania nowego domu dla Anthony’ego zaczęły się jeszcze przed tym sezonem od pogłosek o jego przejściu do Nowego  Jorku, a zakończyły się transakcją z Nowym Jorkiem na 2 dni przed transferowym deadlinem (24 luty). Mydlana opera zatoczyła koło.

Knicks oddali do Nuggets – Raymonda Feltona, Wilsona Chandlera, Danilo Galinariego i Timofieja Mozgowa, czyli 70 proc. podstawowego składu (bez Stoudemire’a i Landry Fieldsa). W zamian jako dodatek do Anthony’ego otrzymali niezłego staruszka (prawie 35-letni Chauncey Billups) oraz pakiet rezerwowych, którzy od lat mają kłopoty ze znalezieniem sobie klubu (Shelden Williams – szósty klub w 5 sezonów, Anthony Carter, Renaldo Balkman).

Kto na tym zyska? Mam nadzieję, że wszyscy. Denver wciąż ma niezły skład (Felton/Lawson, Afflalo, Chandler, Martin, Nene), świetnego trenera (George Karl) i szanse na playoffs. Nowy Jork – dwie megagwiazdy Anthony’ego i Stoudemire’a – otoczone zespołem przeciętniaków. Na pierwszy rzut oka lepiej wychodzą na tym Nuggets. Moim jednak zdaniem to Knicks staną się dzięki tej transakcji nową siłą NBA.

Anthony to dystansowy morderca o wzroście 203 cm. Stoudemire doskonale gra pod koszem, ale od kilku sezonów też świetnie rzuca z krótkiego dystansu. Trudno grać przeciwko drużynie, której dwie największe gwiazdy mogą automatycznie razić z każdego miejsca na boisku. Aby ten miks był morderczy potrzebny jest tylko dobry rozgrywający. Takiego Knicks zyskują w osobie Billupsa. Tyle, że to broń krótkookresowa. Billups (mistrz NBA z Pistons) skończy w tym roku 35 lat. A Anthony i Stoudemire będą grać ze sobą najprawdopodobniej przez najbliższe 4 sezony (jak wynikałoby z ich kontraktów).

Cała nadzieja w trenerze Mike’u D’Antonim. Felton, przez lata pierwszy rozgrywający Bobcats, w Knicks był odkryciem grając najlepszy sezon w karierze. To jego i świetnego, skutecznego zadaniowca Chandlera żal najbardziej. Mike D’Antoni ma jednak dobrą rękę do rozgrywających. Pod jego okiem przeciętniacy stają się ligowymi średniakami (Chris Duhon rok temu), a średniacy awansujądo pierwszej ligi (Felton). Przeciętniaków i średniaków na niskich pozycjach jest w NBA naprawdę sporo. I wielu ma duży, niewykorzystany talent. D’Antoni ma czas by znaleźć kolejny diamencik. Na razie muszą mu wystarczyć Toney Douglas (dobrze ruca, słabo rozgrywa) i rookie Andy Rautins (na uczelni Syracuse – tej samej z której wywodzi się Anthony – był prawdziwym przywódcą) i weteran Anthony Carter.

Przy okazji Knicks zadbali, by Landry Fields (może grać na dwóch pozycjach SG i SF) nie czuł się samotny i bezkonkurencyjny, i ściągneli z Timberwolves Coreya Brewera. Oddali niechcianych i ciążących im na budżecie Eddy’ego Curry i Anthony’ego Randolpha. Tyle, że Brewer to jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych i szalonych koszykarzy zaludniających parkiety NBA. Wielkiej kariery w Knicks mu nie wróżę, mimo że D’Antoni preferuje szalone tempo i krótkie akcje.

Denver wyszło na transakcji nieźle – lepiej jest dostać kilku dobrych koszykarzy niż zadowolić się niczym. Ale to Knicks zagwarantowali sobie przyszłość w gronie pretendentów do tytułu mistrzowskiego. A tego ostatniego nie zdobyli o 1973 roku, gdy drużyną Knickerbockers rządzili Walt Frazier, Bill Bradley i Earl Monroe, a tło dla nich stanowił Phil Jackson. Ostatni mistrzowie w najbliższych latach kończą siedemdziesiątkę. Czas na następców.

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Photo – Source: flickr.com. Author: ballerblogger

Dodaj komentarz

Filed under NBA