Tag Archives: Mike D’Antoni

Powrót na skąpane w dolarach parkiety

Czasami trzeba odkurzyć rodowe srebra. A, że blog fastbreak.pl nie był odkurzany od blisko dwóch lat, potrzeba wydała się paląca.

Wystartujmy więc wraz z 71. sezonem NBA. A sezon to może być zaiste wyjątkowy. Oto dlaczego:

Ikony odchodzą

Kobe BryantZ ligą pożegnali się gracze, którzy przez 20 lat gry stali się jej ikonami. To pierwszy sezon, w którym na parkiecie nie zobaczymy już Kobe Bryanta, Tima Duncana, Kevina Garnetta. Każdy z nich stanowił dla kolejnych roczników rookie napływających do NBA punkt odniesienia. Dla wielu także wzór. Trafiający dziś do ligi 19-22 latkowie nigdy nie widzieli NBA bez tej trójki.

Na ich grze uczyli się koszykówki, a zapewne wielu z nich miało plakaty gwiazdorów na ścianach. Bryant – wzór strzelca, Duncan – bezbłedny, doskonale wyszkolony technicznie i zimny jak lód profesjonalista, Garnett – team leader z prawdziwego zdarzenia. Dzieciaki zafascynowane koszykówką, chciały być zwykle którymś z nich.

Poprzedni rok już tak symboliczny nie był. Co prawda – Kenyon Martin, Shawn Marion, Elton Brand, Hedo Turkoglu i Jason Richardson sroce spod ogona nie wypadli, ale jednak nigdy nie stali się ikonami ligi. Co najwyżej gwiazdkami i to w najlepszych dla siebie kilku sezonach, by później stać się wartościowymi zadaniowcami.

duncan_smallerNBA musi teraz znaleźć nowe ikony, bo gwiazdy już ma. Nawet jeśli kilku graczy wciąż jeszcze dźwiga podobny ciężar (z LeBronem) na czele, to firmament wyraźnie opustoszał.

Jeśli dodamy do tego możliwe, że ostatnie sezony – Vince’a Cartera, Paula Pierce’a, manu Ginobilliego i Dirka Nowitzkiego (tu mam wątpliwości), to lada chwila pustka zrobi się jeszcze większa.

Bez idoli koszykówka nie pójdzie do przodu. Owszem są nowi (Curry, Harden, Westbrook, Davis), ale to wciąż nawet nie dekada na parkiecie.

W każdym razie, ktoś będzie musiał przejąć pałeczkę po Bryamcie, Duncanie i Garnecie.

Sezon zmian

To może być sezon, po którym NBA nie będzie już taka sama. A może dokładniej jeden z sezonów, wielkiej zmiany. Powodów jest kilka:

– Schyłek Franchise Players

Warriors introduce Kevin DurantKażda marka potrzebujemy systemu identyfikacji. Symboli, które niosą ją do przodu, jednocześnie zawsze się z nią kojarząc. W NBA w dużej mierze taką rolę pełnili franchise players. Nawet jeśli byli to gracze, którzy z 15 lat swojej kariery tylko 10 spędzali w jednej drużynie, to często pozostawali jej symbolami.

Odejście Derricka Rose’a do Knicks, Kevina Durranta do Warriors, zubożyły znacząco takie marki jak Chicago Bulls czy Oklahoma City Thunder. Zwłaszcza, że nie są to gracze, bliscy sportowej emerytury, jak np. trio Pierce, Garnett i Allen, żegnające się z Bostonem przed kilku laty. Nie wiem czy Butler i Westbrook, mimo niewątpliwych umiejętności udźwigną ciężar.

Oczywiście nie jest to proces, który zaczął się tu i teraz – ale myślę, że dla kibiców odejście Chrisa Paula z Nowego Orleanu, Dwighta Howarda z Orlando czy LaMarcusa Aldridge’a z Blazers, było większym ciosem niż jeden czy dwa przegrane sezony. To mieli być ich franchise players.

– Small Ball

nash_bell_marionTak, wiem, nic to odkrywczego. Small ball to główny temat uzewnętrzniających się komentatorów i dziennikarzy sportowych. Splash Brothers zmienili wszystko. Oczywiście to nie oni i wcale nie wszystko.

Ojcami small ball są w chronologicznej kolejności Don Nelson i Mike D’Antoni. Ten pierwszy przez dwie dekady (i to głównie z Golden State Warriors) wprowadzał taktykę szalonej ofensywy – wpierw jeszcze z Timem Hardawayem, Chrisem Mullinem i Latrellem Sprewellem, a na koniec z Baronem Davisem i Montą Elisem. A Mike D’Antoni z siedmiosekundowych akcji zrobił główne credo ekipy Suns z pierwszej dekady tego stulecia.

Do skuteczności tej taktyki potrzebnych było jednak dwóch genialnych strzelców. Kiedy wiesz, że przeciwnik zawsze może zniszczyć cię za trzy punkty, wszystko zaczyna się dziać dużo szybciej – atak rozciąga obronę, piłka krąży, trzeba szybciej się przemieszczać, bo obszar do obrony nagle rozciąga się poza linię trzech punktów. A żeby było dużo szybciej, trzeba mieć szybszych graczy. A zwykle szybsi są ci mniejsi itd.

No dobra, ale gdzie ty zmiana w tym, poprzednim czy najbliższym sezonie? Nieprawdą jest, że wszystkie drużyny NBA zaczęły grać small ball. Gdyby było inaczej Timofiej Mozgow nie podpisałby lukratywnego kontraktu z Lakers, Dwight Howard nie był nową nadzieją Atlanty, a Roy Hibbert… no może Roy to zły przykład🙂

Wiele drużyn uznało po prostu, że small ball jest najlepszym sposobem, by pokonać Golden State Warriors i przyciągnąć więcej widzów do hal i przed telewizory. W tym pierwszym przypadku to nieszczególnie prawda, co w ostatnich play offach udowadniali Oklahoma City Thunder, a co sezon San Antonio Spurs.

Rzuty za trzy punkty nabrały większego znaczenia, ale czy na pewno small ball już podbiło NBA? Nie sądzę. I myślę, że decydujący będzie ten i kolejny sezon. Nawet jeśli w finale spotkają się znów notorycznie obniżający skład Warriors i Cavaliers, nic nie jest przesądzone. Spurs z ich dwiema wieżami wcale nie są takim oldskulem. Najważniejsze w sporcie to wygrywać.

-Kasa nie musi się zgadzać.

Gdy obserwowałem kolejne kontrakty, których podpisanie ogłaszano po 1 lipca, nie mogłem wyjść ze zdumienia. Myślę, że nie ja jeden – wielu długoletnich fanów NBA musiało przecierać oczy ze zdumienia, gdy padały wieomilionowe kwoty dla graczy, którzy mają jeszcze sporo do udowodnienia .To istne szaleństwo, które już za kilka lat będzie musiało zakończyć się katastrofą. Choćby dlatego, że 15-20 mln dol. za sezon dla utalentowanego koszykarza, który jeszcze nie pokazał, że potrafi wziąć ciężar gry na swoje barki, to jeszcze nei recepta na sukces. Łatwo też wtedy nagły atak wody sodowej. Ciężko później pozbyć się zawodnika, który am rozdmuchany kontrakt – przy zasadach transferowych NBA trudno może być znaleźć odpowiednich partnerów do takiego dealu.

Kilka drużyn ewidentnie przepłaciło. Największe zaskoczenia pozwolę sobie zebrać w kolejnym poście. A lista może być długa. Aspekt finansowy – to więc kolejna zmiana. Nie wiadomo, czy tak rozdmuchane kontrakty to przejściowa moda (od kilku lat popularność NBA, a więc także jej zyski, rosną), czy stały trend. Obstawiam, modę, ale mogę się srogo rozczarować. Może od teraz, każdy przeciętny (w skali NBA, a nie lig europejskich) będzie dostawał 10 mln dol. za sezon.

W kolejnym poście – subiektywny ranking największych przedsezonowych pomyłek finansowych. Zdradzę tylko, że pan ze zdjęcia poniżej znajdzie się wysoko.🙂

crabbe

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Czy odsiecz pomoże Lakersom?

Wszystko odbyło się jak na przyspieszonym filmie: fatalny bilans spotkań przedsezonowych (0-8) i równie słabe pierwsze pięć meczów sezonu, w których Los Angeles Lakers wygrali tylko raz – Mike Brown, coach Jeziorowców pożegnał się ze stanowiskiem. I gdy wydawało się, że na fotel trenerski LA Lakers powróci Phil Jackson, trener legenda, nowym szkoleniowcem drużyny z Miasta Aniołów został Mike D’Antoni.

Steve Nash i Mike D'AntoniPhil Jackson nie dość, że chciał za dużo pieniędzy, to jeszcze (z powodów zdrowotnych) nie chciał brać udziału w części z wyjazdowych meczów swojej drużyny. Fajnie byłoby, zobaczyć znów opanowanego Jaxa na ławce Lakersów, ale trener za 10 milionów dolarów rocznie, którego nie ma na jednej trzeciej spotkań drużyny? To chyba przesada. Nic więc dziwnego, że Lakersi postawili na kogoś innego.

Czy były coach Phoenix Suns i New York Knicks – Mike D’Antoni – poprowadzi ekipę z LA do zwycięskiego finału? Bo w końcu o to chodzi duetowi Jerry Buss-Mitch Kupchak, którzy go zatrudnili.
Oto kilka ZA i jeszcze więcej PRZECIW:

UDA MU SIĘ
1. Trudno znaleźć duet, który łączy większa chemia niż Steve Nash i Mike D’Antoni. Suns dokonali za panowania obu Panów (jednego na boisku, a drugiego na ławce trenerskiej) prawie tyle samo, co w najbardziej chlubnym okresie klubu z Phoenix – czyli za czasów Barkleya, Majerle czy KJ-a. Teraz znów są razem.

2. D’Antoni to trener, który nie doprowadza do wielkich konfliktów w drużynie. Dokładna odwrotność wymienianego wśród kandydatów do fuchy w LA – Stana Van Gundy. A w kalejdoskopie gwiazd trzeba umieć zadowolić każdą. D’Antoniemu do tego najbliżej.

DA CIAŁA
1. Drużyny D’Antoniego to mistrzowie run’n’gun, gdzie akcje trwają po 7 sekund. Do tego trzeba mieć siły i szybkich koszykarzy. Zajrzyjmy więc do metryk:
Nash – 38 lat, Jamison – 36 lat, Bryant – 34 lata, Artest – 33 lata, Blake – 32 lata, Gasol – 32 lata

Czy Panowie dadzą radę? Nie sądzę. Chyba, że nie będzie run’n’gun.

2. Argument jak powyżej – wymarzonym systemem gry D’Antoniego jest gra niskim, szybkim składem (small ball). A żeby „run” miał odpowiedni „gun” potrzeba dobrych strzelców obwodowych. A tu – oprócz Bryanta i Nasha oraz od biedy Blake’a (choć to facet który jednego dnia może mieć dzień konia, a drugiego należy go jak najszybciej zdjąć) – jest raczej słabo.

Zresztą w LA w tym sezonei dzieje się coś dziwnego – całkiem przyzwoici strzelcy dystansowi – Blake, Jamison i zwłaszcza Meeks są cieniem samych siebie.

3. Jeśli small ball, to po co Lakersom Dwight Howard i Pau Gasol? Czyżby kultura pick’n’rolla i gry insi de-ouside? A co wtedy z Bryantem? Idąc za słowotwórstwem redaktora Michałowicza (pozdrawiam) – czyżby Kobie miał sobie w tym sezonie „niepopenetrować”? Ci, którzy trochę meczów Lakers widzieli, wiedzą, że Bryant jednego dnia potrafi zagrać jak Jordan w najlepszych latach, a innego grać prawie przeciwko własnej drużynie. Frustracja mu widać nei służy. A taka sytuacja może go trochę wyprowadzić z równowagi.

4. Jeśli D’Antoni zaufa Nashowi i to na nim oprze grę – co jest bardzo prawdopodobne – ego Kobe Bryanta mocno ucierpi. Dwóch liderów to o jednego za dużo.

5. I argument nie mający nic wspólnego z D’Antonim. Koszykówka to gra zespołowa. Nie wygrywają w niej zespoły złożone z samych gwiazd. Lecz te, którym uda się zbilansować gwiazdorstwo z ekipą od czarnej roboty. Nawet Heat i Celtics – ze ich tercetami supergwiazd – zajęło chwilę zanim udało się znaleźć równowagę między gwiazdorstwem, a zadani owcami.

Lakers nie wyglądają na drużynę zrównoważoną. Pięć dużych ego nie wspiera doskonała ławka (choć osobiście prze lata byłem fanem Antawna Jamisona). To wygląda dobrze tylko na papierze – na boisku Meeks, Blake, Jamison i Hill – wypadają blado.
Przygoda w Knicks pokazała, że D’Antoni ma kłopot z bilansowaniem drużyny. Co nie znaczy, że można go przekreślać.

No i na koniec całkowicie spóźniona rekomendacja – na miejscu Panów Bussa i Kupchaka postawiłbym na Nate’a McMillana. Jego Blazersi byli naprawdę świetną drużyną. Choć bez wielkich sukcesów. Może to zadecydowało?

A oto, co Nash sądzi o D’Antonim – w swobodnym wywiadzie sprzed pół roku:

1 komentarz

Filed under NBA

Byle wrócić do Nowego Jorku

Wielka opera mydlana dobiegła końca. Carmelo Anthony, gracz ze ścisłego panteonu gwiazd NBA, po miesiącach dostarczania plotek dla magazynów sportowych na całym świecie zmienił klub. Obyło się bez zaskoczeń. Z Denver Nuggets Anthony przeniósł się do New York Knicks.

Carmelo Anthony tęsknił do domu. Urodzony w Nowym Jorku absolwent Syracuse postawił wszystko na jedną kartę

Knicks oddali za Anthony’ego wszystko, co mieli cennego, oprócz jednego koszykarza – Amare Stoudmire’a. Generalny menedżer Donnie Walsh i właściciel James Dolan liczą teraz na zbudowanie wielkich Knicks na dwóch zawodnikach. Bulls i Jazz w latach 90-tych się udało, Lakers i Spurs na przełomie wieków również. I choć ostatnio jest raczej moda na trojaczki (Lakers – Bryant, Gasol, Odom; Celtics – Garnett, Allen, Pierce; Spurs – Duncan, Parker, Ginobili) nie oznacza to, że Knicks są bez szans.

Słowem wstępu dla mniej wtajemniczonych. Anthony to przez ostatnie 7 lat bezapelacyjny lider Denver Nuggets, drużyny, która w 2009 r. dzielnie stawiała czołow w finale konferencji zachodniej LA Lakers. Pewny niemal kandydat do Basketball Hall of Fame. Wybrany w 2003 r. z trzecim numerem draftu (za Lebronem Jamesem) i tuż przed Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem.

Dlaczego więc Denver pozbywa się Anthony’ego? Anthony nie chciał z drużyną z Colorado przedłużyć kontraktu (65 mln dol. za 3 lata gry, jedna z najwyższych pensji we współczesnym sporcie). By móc na Anthonym zarobić Denver postanowili go wymienić, bo za rok ich gwiazda trafiłaby za darmo do konkurencji. Najprawdopodobniej do drużyny, która dałaby więcej.W podobny sposób Cleveland stracili latem Lebrona Jamesa – dla wielu najlepszego obecnie koszykarza globu.

Poszukiwania nowego domu dla Anthony’ego zaczęły się jeszcze przed tym sezonem od pogłosek o jego przejściu do Nowego  Jorku, a zakończyły się transakcją z Nowym Jorkiem na 2 dni przed transferowym deadlinem (24 luty). Mydlana opera zatoczyła koło.

Knicks oddali do Nuggets – Raymonda Feltona, Wilsona Chandlera, Danilo Galinariego i Timofieja Mozgowa, czyli 70 proc. podstawowego składu (bez Stoudemire’a i Landry Fieldsa). W zamian jako dodatek do Anthony’ego otrzymali niezłego staruszka (prawie 35-letni Chauncey Billups) oraz pakiet rezerwowych, którzy od lat mają kłopoty ze znalezieniem sobie klubu (Shelden Williams – szósty klub w 5 sezonów, Anthony Carter, Renaldo Balkman).

Kto na tym zyska? Mam nadzieję, że wszyscy. Denver wciąż ma niezły skład (Felton/Lawson, Afflalo, Chandler, Martin, Nene), świetnego trenera (George Karl) i szanse na playoffs. Nowy Jork – dwie megagwiazdy Anthony’ego i Stoudemire’a – otoczone zespołem przeciętniaków. Na pierwszy rzut oka lepiej wychodzą na tym Nuggets. Moim jednak zdaniem to Knicks staną się dzięki tej transakcji nową siłą NBA.

Anthony to dystansowy morderca o wzroście 203 cm. Stoudemire doskonale gra pod koszem, ale od kilku sezonów też świetnie rzuca z krótkiego dystansu. Trudno grać przeciwko drużynie, której dwie największe gwiazdy mogą automatycznie razić z każdego miejsca na boisku. Aby ten miks był morderczy potrzebny jest tylko dobry rozgrywający. Takiego Knicks zyskują w osobie Billupsa. Tyle, że to broń krótkookresowa. Billups (mistrz NBA z Pistons) skończy w tym roku 35 lat. A Anthony i Stoudemire będą grać ze sobą najprawdopodobniej przez najbliższe 4 sezony (jak wynikałoby z ich kontraktów).

Cała nadzieja w trenerze Mike’u D’Antonim. Felton, przez lata pierwszy rozgrywający Bobcats, w Knicks był odkryciem grając najlepszy sezon w karierze. To jego i świetnego, skutecznego zadaniowca Chandlera żal najbardziej. Mike D’Antoni ma jednak dobrą rękę do rozgrywających. Pod jego okiem przeciętniacy stają się ligowymi średniakami (Chris Duhon rok temu), a średniacy awansujądo pierwszej ligi (Felton). Przeciętniaków i średniaków na niskich pozycjach jest w NBA naprawdę sporo. I wielu ma duży, niewykorzystany talent. D’Antoni ma czas by znaleźć kolejny diamencik. Na razie muszą mu wystarczyć Toney Douglas (dobrze ruca, słabo rozgrywa) i rookie Andy Rautins (na uczelni Syracuse – tej samej z której wywodzi się Anthony – był prawdziwym przywódcą) i weteran Anthony Carter.

Przy okazji Knicks zadbali, by Landry Fields (może grać na dwóch pozycjach SG i SF) nie czuł się samotny i bezkonkurencyjny, i ściągneli z Timberwolves Coreya Brewera. Oddali niechcianych i ciążących im na budżecie Eddy’ego Curry i Anthony’ego Randolpha. Tyle, że Brewer to jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych i szalonych koszykarzy zaludniających parkiety NBA. Wielkiej kariery w Knicks mu nie wróżę, mimo że D’Antoni preferuje szalone tempo i krótkie akcje.

Denver wyszło na transakcji nieźle – lepiej jest dostać kilku dobrych koszykarzy niż zadowolić się niczym. Ale to Knicks zagwarantowali sobie przyszłość w gronie pretendentów do tytułu mistrzowskiego. A tego ostatniego nie zdobyli o 1973 roku, gdy drużyną Knickerbockers rządzili Walt Frazier, Bill Bradley i Earl Monroe, a tło dla nich stanowił Phil Jackson. Ostatni mistrzowie w najbliższych latach kończą siedemdziesiątkę. Czas na następców.

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Photo – Source: flickr.com. Author: ballerblogger

Dodaj komentarz

Filed under NBA