Tag Archives: Los Angeles Lakers

Mięsny center

Kilka lat temu rumuński drugoligowiec z Arad sprzedał jednego ze swoich piłkarzy za 15 kg mięsa.  Niedoszła nadzieja Lakersów, dwukrotny mistrz NBA Andrew Bynum znalazł się właśnie w podobnie mało prestiżowej roli.

Bynum w pakiecie z przyszłymi wyborami w drafcie NBA trafił do Chicago Bulls. W zamian, do jego byłego klubu Cleveland Cavaliers, powędrował brytyjski Sudańczyk Luol Deng.

Co prawda w transakcji nie obracano fizycznie mięsem, a przedmiotem rozliczeń były wielomilionowe kontrakty obu graczy, ale Bynum potraktowany został przez oba kluby podobnie, jak zrobili to Rumuni. Tyle, że nie miał on w niej statusu piłkarza, lecz raczejAndrew Bynum przeszedł z Cleveland do Chicago kompensaty w naturze.

Wielka nadzieja czarnych (tych wysokich)

Dla przypomnienia Andrew Bynum jeszcze kilka lat temu uchodził za wielką nadzieję Los Angeles Lakers. Klub z Miasta Aniołów i jego generalny menedżer Mitch Kupchak święcie wierzyli, że będzie z niego drugi Kareem Abdul-Jabbar, a piątka – Fisher, Bryant, Artest, Gasol, Bynum – powtórzy sukces poprzedniej Fab Five: Magica Johnsona, Scotta, Worthy’ego, AC Greena i Jabbara, a szóstego Coopera skutecznie zastąpi Odom. Zdaniem sceptyków ani Lakersi z lat 2008-10, ani Bynum nie sprostali oczekiwaniom. Ale w rzeczywistości – projekt się powiódł – Jeziorowców z lat 2007-10 od osiągnięć ekipy z okresu 1984-88 dzielił tylko jeden mistrzowski pierścień.

Bynuma od Jabbara niestety różniły nie tylko osiągnięcia, ale zwłaszcza organizm, który nie wytrzymywał tak dużych obciążeń. Ostatecznie Lakersi uznali, że lepiej mieć supercentra Dwighta Howarda niż Andrew Bynuma i rozstali się z kontuzjogennym młodzieńcem. Wyszli na tym co prawda, jak Zabłocki na mydle, staczając się niespodziewanie w ligową przeciętność, ale w rzeczywistości nikt na tej „wymianie” nie wyszedł dobrze. Z samym Bynumem włącznie.

Milioner na L4

Po długim leczeniu kolan, Bynum postanowił pewnego listopadowego dnia, będąc jeszcze w trakcie rehabilitacji po poprzedniej kontuzji, zagrać w ulubione kręgle. Kontuzja, której się nabawił, wykluczyła go z gry na kolejny rok. Widocznie, jeśli ma się więcej niż 215 cm, należy ostrożnie toczyć kule. Rozczarowanie Bynuma było zapewne tak samo duże, jak i Philadelphii 76ers, która go zatrudniła płacąc mu 16,9 mln dol. za sezon, w którym nie zagrał on w żadnym meczu.

Trudno jeszcze powiedzieć, czy cała ta historia nauczyła czegoś koszykarza, ale wygląda na to, że niewiele z niej wniosków wyciągnał klub z Philadelphii, który kilka miesięcy temu oddał jednego z najlepszych swoich graczy (o ile nie najlepszego) Jrue Holidaya za młodego centra Kentucky Nerlensa Noela, który w NBA wciąż nie zagrał meczu, bo wciąż jest kontuzjowany.

Z kolei Bynumowi zabawa w kręgle otworzyła prostą drogę do roli mięsa w transakcji wymiennej, która miała miejsce kilka dni temu.

Nadzieja księgowych

Bynum posadę znalazł w ekspresowym tempie. Cleveland Cavaliers zatrudnili go z pensją 12,25 mln dol. rocznie.

Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by uwierzyć, że zespół, który ma całkiem przyzwoitego i walecznego (co w NBA jest wyjątkowo istotne) centra – Brazylijczyka Andersona Varejao, obiecującego zmiennika w postaci Tylera Zellera czy bardzo interesującego młodego skrzydłowego Tristana Thompsona potrzebuje pod koszem Bynuma. Tym bardziej, że o dyspozycji tego ostatniego od ponad 1,5 roku wiadomo niewiele, o ile nie zupełnie nic. Nie przypadkiem Cavs zapisali w kontrakcie możliwość zerwania kontraktu do początku stycznia 2014 r. Cleveland chcieli się wzmocnić, ale wcale nie Bynumem – woleli zdecydowanie kogoś bardziej stabilnego, a najlepiej gwiazdę.  Aby to osiągnąć, potrzebowali obiecującego gracza (niestety na rynku był tylko osobnik obarczony ryzykiem), który będzie miał wysoką pensję. W NBA nie kupuje się w końcu graczy, jak w dość niewolniczym świecie piłkarskiego biznesu, lecz wymienia się ich, a miarą transakcji są ich pensje. Potencjalnego zainteresowanego Bynumem kusić mogły dwa atuty – ciekawy, wciąż młody gracz lub możliwość szybkiego pozbycia się go i drastycznego zmniejszenia płac.  Innymi słowy Bynum był dla nich transakcyjnym mięsem – tyle, że wartym nie 15 kg czystego produktu, ale ponad 12 mln dol. rocznie.

Andrew wędrowniczek

Początkowo Cavs negocjowali z Lakersami. W zamian do Cleveland miał trafić Pau Gasol, były kolega Bynuma z drużyny, jeden z największych graczy w historii hiszpańskiej koszykówki (nad Juanem Carlosa Navarro ma przewagę kilku tytułów mistrza NBA). Trudno powiedzieć, co Lakersów interesowało bardziej – wykorzystanie zapisu w kontrakcie i szybkie pozbycie się Bynuma czy wiara, że wciąż może być on drugim Jabbarem. Zdaniem komentatorów NBA – raczej to pierwsze, choć drużyna z Miasta Aniołów nie może się pochwalić pod koszem większymi atutami poza Gasolem (duet Robert Sacre i Jordan Hill, to zdecydowanie drugi garnitur graczy, a Chris Kaman jest przez trenera D’Antoniego wyjątkowo niechętnie wpuszczany na boisko).

Jakby nie patrzeć do transakcji nie doszło, a Bynum wylądował „za międzą” – bo w Chicago.  Tam też nie jest zbyt potrzebny. Pod koszem rządzi tam Joakim Noah. Bulls wiedzie się w tym sezonie kiepsko. Ich lider, były najlepszy gracz ligi, Derrick Rose znów jest kontuzjowany. Wygląda na to, że Bynum pobędzie w Chicago tylko kilkadziesiąt godzin. Znajdzie szybko nowego pracodawcę. Pytanie tylko, czy będzie to zespół, który naprawdę w niego uwierzy, czy tylko będzie zainteresowany kolejną transakcją z udziałem fana kręgli. Tym razem jednak, Bynum nie może już chyba liczyć na ekstremalnie wysoką pensję. Dla niego nadszedł  czas udowodnienia swojej prawdziwej wartości. Chyba, że pójdzie śladem swego rumuńskiego pierwowzoru, który po mięsnej transakcji poczuł się na tyle obrażony, że odmówił gry w piłkę i w poszukiwaniu pracy fizycznej wyjechał na Zachód. Klub, który za niego zapłacił był chyba nawet bardziej rozczarowany niż Philadelphia 76ers – Bynumem. Przynajmniej tak wynikałoby z wypowiedzi członka jego zarządu:

– Jest nam przykro ponieważ straciliśmy dwukrotnie – po pierwsze nie zagra u nas dobry zawodnik, a po drugie ponieważ straciliśmy tygodniowy zapas żywności dla naszej drużyny – oświadczyły wówczas władze czwarto ligowego regal Horia.

Nam też jest przykro, choć z pobieżnego szacunku wynika, że za 16 mln dol. można wyżywić czwartoligowy rumuński zespół piłkarski przez kolejne 5000 lat. Choć byłaby to, jak na wyczynowy sport, dieta dość uboga w węglowodany.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Warto czekać

Czasami warto czekać. Minęło prawie dwadzieścia lat odkąd, po raz ostatni, Warriors byli faworytami meczu z Lakers. Kibicować przez 20 lat drużynie, która notorycznie stoi na straconej pozycji (co zwykle udowadnia na boisko) jest nieco szalone.

Ale doczekałem się. Go Warriors! I oby tak do finału. Finał konferencji jest w zasięgu. Wreszcie.

I nie sądzę by Curry, Thompson, Iguodala, Lee i Bogut byli gorsi niż Hardaway, Richmond, Mullin, Hill i Lister.

A już na pewno Mark Jackson jest lepszym trenerem niż Don Nelson.

Będzie dobrze.

gsw_musketeers

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Czy odsiecz pomoże Lakersom?

Wszystko odbyło się jak na przyspieszonym filmie: fatalny bilans spotkań przedsezonowych (0-8) i równie słabe pierwsze pięć meczów sezonu, w których Los Angeles Lakers wygrali tylko raz – Mike Brown, coach Jeziorowców pożegnał się ze stanowiskiem. I gdy wydawało się, że na fotel trenerski LA Lakers powróci Phil Jackson, trener legenda, nowym szkoleniowcem drużyny z Miasta Aniołów został Mike D’Antoni.

Steve Nash i Mike D'AntoniPhil Jackson nie dość, że chciał za dużo pieniędzy, to jeszcze (z powodów zdrowotnych) nie chciał brać udziału w części z wyjazdowych meczów swojej drużyny. Fajnie byłoby, zobaczyć znów opanowanego Jaxa na ławce Lakersów, ale trener za 10 milionów dolarów rocznie, którego nie ma na jednej trzeciej spotkań drużyny? To chyba przesada. Nic więc dziwnego, że Lakersi postawili na kogoś innego.

Czy były coach Phoenix Suns i New York Knicks – Mike D’Antoni – poprowadzi ekipę z LA do zwycięskiego finału? Bo w końcu o to chodzi duetowi Jerry Buss-Mitch Kupchak, którzy go zatrudnili.
Oto kilka ZA i jeszcze więcej PRZECIW:

UDA MU SIĘ
1. Trudno znaleźć duet, który łączy większa chemia niż Steve Nash i Mike D’Antoni. Suns dokonali za panowania obu Panów (jednego na boisku, a drugiego na ławce trenerskiej) prawie tyle samo, co w najbardziej chlubnym okresie klubu z Phoenix – czyli za czasów Barkleya, Majerle czy KJ-a. Teraz znów są razem.

2. D’Antoni to trener, który nie doprowadza do wielkich konfliktów w drużynie. Dokładna odwrotność wymienianego wśród kandydatów do fuchy w LA – Stana Van Gundy. A w kalejdoskopie gwiazd trzeba umieć zadowolić każdą. D’Antoniemu do tego najbliżej.

DA CIAŁA
1. Drużyny D’Antoniego to mistrzowie run’n’gun, gdzie akcje trwają po 7 sekund. Do tego trzeba mieć siły i szybkich koszykarzy. Zajrzyjmy więc do metryk:
Nash – 38 lat, Jamison – 36 lat, Bryant – 34 lata, Artest – 33 lata, Blake – 32 lata, Gasol – 32 lata

Czy Panowie dadzą radę? Nie sądzę. Chyba, że nie będzie run’n’gun.

2. Argument jak powyżej – wymarzonym systemem gry D’Antoniego jest gra niskim, szybkim składem (small ball). A żeby „run” miał odpowiedni „gun” potrzeba dobrych strzelców obwodowych. A tu – oprócz Bryanta i Nasha oraz od biedy Blake’a (choć to facet który jednego dnia może mieć dzień konia, a drugiego należy go jak najszybciej zdjąć) – jest raczej słabo.

Zresztą w LA w tym sezonei dzieje się coś dziwnego – całkiem przyzwoici strzelcy dystansowi – Blake, Jamison i zwłaszcza Meeks są cieniem samych siebie.

3. Jeśli small ball, to po co Lakersom Dwight Howard i Pau Gasol? Czyżby kultura pick’n’rolla i gry insi de-ouside? A co wtedy z Bryantem? Idąc za słowotwórstwem redaktora Michałowicza (pozdrawiam) – czyżby Kobie miał sobie w tym sezonie „niepopenetrować”? Ci, którzy trochę meczów Lakers widzieli, wiedzą, że Bryant jednego dnia potrafi zagrać jak Jordan w najlepszych latach, a innego grać prawie przeciwko własnej drużynie. Frustracja mu widać nei służy. A taka sytuacja może go trochę wyprowadzić z równowagi.

4. Jeśli D’Antoni zaufa Nashowi i to na nim oprze grę – co jest bardzo prawdopodobne – ego Kobe Bryanta mocno ucierpi. Dwóch liderów to o jednego za dużo.

5. I argument nie mający nic wspólnego z D’Antonim. Koszykówka to gra zespołowa. Nie wygrywają w niej zespoły złożone z samych gwiazd. Lecz te, którym uda się zbilansować gwiazdorstwo z ekipą od czarnej roboty. Nawet Heat i Celtics – ze ich tercetami supergwiazd – zajęło chwilę zanim udało się znaleźć równowagę między gwiazdorstwem, a zadani owcami.

Lakers nie wyglądają na drużynę zrównoważoną. Pięć dużych ego nie wspiera doskonała ławka (choć osobiście prze lata byłem fanem Antawna Jamisona). To wygląda dobrze tylko na papierze – na boisku Meeks, Blake, Jamison i Hill – wypadają blado.
Przygoda w Knicks pokazała, że D’Antoni ma kłopot z bilansowaniem drużyny. Co nie znaczy, że można go przekreślać.

No i na koniec całkowicie spóźniona rekomendacja – na miejscu Panów Bussa i Kupchaka postawiłbym na Nate’a McMillana. Jego Blazersi byli naprawdę świetną drużyną. Choć bez wielkich sukcesów. Może to zadecydowało?

A oto, co Nash sądzi o D’Antonim – w swobodnym wywiadzie sprzed pół roku:

1 komentarz

Filed under NBA

Goodbye Mr. Sloan

Jerry Sloan po 23 latach pożegnał się w czwartek z NBA. Szybko, zdecydowanie i niespodziewanie.

Podobno po konflikcie z Deronem Williamsem (choć czytelnicy ESPN odżegnują od czci i wiary Rica Buchera, który rozsiewa taką wersję wydarzeń) lub jak kto woli, bo miał dość. Na ten drugi wariant wskazywałyby też warunki umowy, która zakładała, że Sloan może odejść kiedy zechce. Zechciał i odszedł.

Z 23 latami u sterów Utah Jazz Mr. Sloan ustępował tylko Aleksowi Fergusonowi w Manchester United.

Co dwóch to nie pięciu

Gdy kilka tygodni oglądałem listopadowe starcie Jazz z Lakers (wygrane przez Utah) nie mogłem zrozumieć, jak to się dzieje, że Jazz przez ostatnie 21 z 22  sezonów są na plusie. Bardzo prosty schemat gry, z wykorzystaniem miksu pick-and-roll i gry inside-outside sprawia, że bez względu na wykonawców Utah zwykle gra w playoffach. Tyle, że po odejściu Carlosa Boozera do Bulls nawet pick-and-rolle są już nie te, a mimo to Jazz zajmowali 5. miejsce na Zachodzie.

Sloanowi wystarczały zwykle superduety i zespoł zadaniowców. Nie sposób nie wspomnieć  Johna Stocktona i Karla Malone’a, ale nawet wówczas ich otoczenie było dość przeciętne. Pomijając może tylko Jeffa Hornacka, trudno uznać Grega Ostertaga, Bryona Russela, Shandona Andersona, Howarda Eisleya, Chrisa Morrisa czy Antoine’a Carra za graczy, którzy odcisneli trwałe piętno na koszykówce NBA. Świadczą o tym przede wszystkim ich kariery. I choć np. do Carra mam sentyment za lata gry w trykocie San Antonio Spurs, to muszę przyznać, że gdyby wspomniana szóstka grała np. w Washington Bullets, Minnesota Timberwolves czy Sacramento Kings, a nie w finałach NBA AD 1997 i 1998 niewielu by o nich pamiętało.

Po erze Stocktona i Malone’a nie było już tak wesoło. Po trzyletnim załamaniu (2004-07), gdy Jazz nie awansowali do playoff (choć wcale słabo się nie spisywali) do drużyny trafili Deron Williams i Carlos Boozer. Jazz wrócili do czołówki i zaczęła się nowa era. Teraz nie ma w drużynie ani Boozera, ani superzadaniowców Harpringa, Korvera czy Brewera. A mimo to Jazz wciąż walczą o miejsca 5-6 na Zachodzie. Nowy center Al Jefferson tylko na poziomie pensji zastępował Boozera (świetny rzut z dystansu), a Andriej Kirilenko popadł w rutynę.

Co dalej z Jazz?

Nigdy kibicem Jazz nie byłem. Za dużo w tej grze było schematów, za mało polotu. Zespół z Williamsem i Boozerem i tak podobał mi się o niebo bardziej niż za czasów Stocktona i Malone’a. Co dalej?

Wiele zależy od tego, jakim trenerem będzie Tyrone Corbin, który pobierał przecież lekcje u Sloana zarówno jako gracz, jak i asystent. (Swoją drogą drużyna z Corbinem, która w latach 1992-94 do finałów nie dotarła z superstrzelecem Jeffem Malone, Davidem Benoit i Tomem Chambersem wydaje mi się nawet ciekawsza od ekipy Mistrzów Zachodu ’97-98).

Jeśli jednak Corbin nie dorówna Sloanowi marnie przyszłość Jazz widzę. W drużynie została tylko jedna gwiazda, która sama może rozstrzygać o wyniku (ale tylko wtedy, gdy ten jest bliski) – Deron Williams, reszta to zadaniowcy, których u konkurentów na pęczki. Jeden Al Jefferson wiosny nie czyni. A i on to raczej podkoszowy bumper niż gracz pokroju All-Star Game. Choć muszę przyznać, że Earl Watson i Ronnie Price robią wrażenie, tyle, że akurat oni są skazani na wchodzenie z ławki, bo grają na pozycji Williamsa.  A Millsap, choć waleczny i statystyki ma świetne jest jednak zbyt niski by na pozycji PF robić różnicę.

Nadzieją Jazz mogą być więc transfery, nagłe przebudzenie obiecującego rookie Gordona Haywarda lub… spadek na koniec stawki. To ostatnie da im szanse w drafcie, a najbliższy wygląda obiecująco (Jared Sullinger i Perry Jones III mogą stać się gwiazdami NBA – ale o draftach w następnym poście).

Przychodzi mi do głowy transfer, który byłby korzystny zarowno dla Jazz, jak i ich rywali. Co byście powiedzieli, gdyby Ron Artest z Lakersów trafił do Salt Lake City w zamian za Paula Millsapa? Artest chce odejść, Phil Jackson go nie chce, a z Millsapem Lakers byliby nie do ogrania. Artest, który ma większy potencjał niż pokazuje obecnie w LA, byłby wzmocnieniem Jazz. Pod względem salary transakcja ma szanse powodzenia.

Nowa generacja

Odejście Sloana to schyłek generacji. Z trenerkąpozegnali się już Pat Riley, Don Nelson (tego akurat nie żałuję), Lenny Wilkens, Hubie Brown, możliwe że karierę lada chwila skończą też George Karl i wyrzucony z Bobcats Larry Brown. Phil Jackson od kilku lat mówi o ostatnim sezonie z Lakersami. Czas na nową myśl trenerską. Avery Johnson, Sam Mitchell, Monty Williams, Mike Brown, Lawrence Frank czy  Scott Brooks mogą być tymi, którzy zbudują kolejne dynastie. Charakteru im nie brakuje. Ale jak pokazują ostatnie lata właścicielom klubów i ich generalnym menedżerom brakuje trochę charakteru, by te silne osobowości dopuścić do sterów i trwale im zaufać.

 

Photo by sdfsadfsdfsdf. Source: flickr.com

 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under NBA