Czy odsiecz pomoże Lakersom?

Wszystko odbyło się jak na przyspieszonym filmie: fatalny bilans spotkań przedsezonowych (0-8) i równie słabe pierwsze pięć meczów sezonu, w których Los Angeles Lakers wygrali tylko raz – Mike Brown, coach Jeziorowców pożegnał się ze stanowiskiem. I gdy wydawało się, że na fotel trenerski LA Lakers powróci Phil Jackson, trener legenda, nowym szkoleniowcem drużyny z Miasta Aniołów został Mike D’Antoni.

Steve Nash i Mike D'AntoniPhil Jackson nie dość, że chciał za dużo pieniędzy, to jeszcze (z powodów zdrowotnych) nie chciał brać udziału w części z wyjazdowych meczów swojej drużyny. Fajnie byłoby, zobaczyć znów opanowanego Jaxa na ławce Lakersów, ale trener za 10 milionów dolarów rocznie, którego nie ma na jednej trzeciej spotkań drużyny? To chyba przesada. Nic więc dziwnego, że Lakersi postawili na kogoś innego.

Czy były coach Phoenix Suns i New York Knicks – Mike D’Antoni – poprowadzi ekipę z LA do zwycięskiego finału? Bo w końcu o to chodzi duetowi Jerry Buss-Mitch Kupchak, którzy go zatrudnili.
Oto kilka ZA i jeszcze więcej PRZECIW:

UDA MU SIĘ
1. Trudno znaleźć duet, który łączy większa chemia niż Steve Nash i Mike D’Antoni. Suns dokonali za panowania obu Panów (jednego na boisku, a drugiego na ławce trenerskiej) prawie tyle samo, co w najbardziej chlubnym okresie klubu z Phoenix – czyli za czasów Barkleya, Majerle czy KJ-a. Teraz znów są razem.

2. D’Antoni to trener, który nie doprowadza do wielkich konfliktów w drużynie. Dokładna odwrotność wymienianego wśród kandydatów do fuchy w LA – Stana Van Gundy. A w kalejdoskopie gwiazd trzeba umieć zadowolić każdą. D’Antoniemu do tego najbliżej.

DA CIAŁA
1. Drużyny D’Antoniego to mistrzowie run’n’gun, gdzie akcje trwają po 7 sekund. Do tego trzeba mieć siły i szybkich koszykarzy. Zajrzyjmy więc do metryk:
Nash – 38 lat, Jamison – 36 lat, Bryant – 34 lata, Artest – 33 lata, Blake – 32 lata, Gasol – 32 lata

Czy Panowie dadzą radę? Nie sądzę. Chyba, że nie będzie run’n’gun.

2. Argument jak powyżej – wymarzonym systemem gry D’Antoniego jest gra niskim, szybkim składem (small ball). A żeby „run” miał odpowiedni „gun” potrzeba dobrych strzelców obwodowych. A tu – oprócz Bryanta i Nasha oraz od biedy Blake’a (choć to facet który jednego dnia może mieć dzień konia, a drugiego należy go jak najszybciej zdjąć) – jest raczej słabo.

Zresztą w LA w tym sezonei dzieje się coś dziwnego – całkiem przyzwoici strzelcy dystansowi – Blake, Jamison i zwłaszcza Meeks są cieniem samych siebie.

3. Jeśli small ball, to po co Lakersom Dwight Howard i Pau Gasol? Czyżby kultura pick’n’rolla i gry insi de-ouside? A co wtedy z Bryantem? Idąc za słowotwórstwem redaktora Michałowicza (pozdrawiam) – czyżby Kobie miał sobie w tym sezonie „niepopenetrować”? Ci, którzy trochę meczów Lakers widzieli, wiedzą, że Bryant jednego dnia potrafi zagrać jak Jordan w najlepszych latach, a innego grać prawie przeciwko własnej drużynie. Frustracja mu widać nei służy. A taka sytuacja może go trochę wyprowadzić z równowagi.

4. Jeśli D’Antoni zaufa Nashowi i to na nim oprze grę – co jest bardzo prawdopodobne – ego Kobe Bryanta mocno ucierpi. Dwóch liderów to o jednego za dużo.

5. I argument nie mający nic wspólnego z D’Antonim. Koszykówka to gra zespołowa. Nie wygrywają w niej zespoły złożone z samych gwiazd. Lecz te, którym uda się zbilansować gwiazdorstwo z ekipą od czarnej roboty. Nawet Heat i Celtics – ze ich tercetami supergwiazd – zajęło chwilę zanim udało się znaleźć równowagę między gwiazdorstwem, a zadani owcami.

Lakers nie wyglądają na drużynę zrównoważoną. Pięć dużych ego nie wspiera doskonała ławka (choć osobiście prze lata byłem fanem Antawna Jamisona). To wygląda dobrze tylko na papierze – na boisku Meeks, Blake, Jamison i Hill – wypadają blado.
Przygoda w Knicks pokazała, że D’Antoni ma kłopot z bilansowaniem drużyny. Co nie znaczy, że można go przekreślać.

No i na koniec całkowicie spóźniona rekomendacja – na miejscu Panów Bussa i Kupchaka postawiłbym na Nate’a McMillana. Jego Blazersi byli naprawdę świetną drużyną. Choć bez wielkich sukcesów. Może to zadecydowało?

A oto, co Nash sądzi o D’Antonim – w swobodnym wywiadzie sprzed pół roku:

Reklamy

1 komentarz

Filed under NBA

Kobe Bryant stawia czoła złemu

Pomysłów na teksty mam więcej niż czasu na ich pisanie. Zanim zrealizuje kolejny, choć minęły już prawie trzy tygodnie, deser, a właściwie przystawka. Robert Rodriguez reżyseruje Kobe Bryanta. Reklama, ale za to JAKA!

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Młodzi, ale zbyt mało gniewni?

Tak słabo draftu jak ubiegłoroczny nie widziano w NBA od dawna – wydają się mówić statystyki. Może jednak za wcześnie o tym przesądzać. Kilka uśpionych talentów ma szansę się obudzić. Pierwszą oznaką może być triumf debiutantów w meczu Rookie-Sophomores. Być może nie ostatnią.

Nr 1 draftu John Wall.

Na papierze ten sezon wygląda dla debiutantów fatalnie. Tylko trzech uczestników draftu 2010 ma średnie punktowe powyżej 10 pkt./mecz (John Wall, DeMarcus Cousins i Landry Fields), zaledwie 10 gra powyżej 20 minut na mecz, a 16 powyżej 15 min. Można do tego grona dorzucić jeszcze Blake’a Griffina, ale i tak pod względem punktów i minut, gorszych debiutantów od tegorocznych jeszcze w tym wieku nie widziano. Czy naprawdę jest tak źle?

*Dla zainteresowanych statystykami i podsumowaniami na końcu postu wyliczenia dla ostatnich sezonów.

 

„Śpiochy” są wśród nas

Śmiem twierdzić, że tegoroczny draft, a szerzej ujmując tegoroczni debiutanci, mają wcale nie gorszy potencjał od swoich kolegów, którzy do NBA trafili wcześniej. Pominę gwiazdy – Johna Walla i Blake’a Griffina, bo dwa rodzynki w liczącej kilkuset koszykarzy grupie chłopaków, którzy przewinęli się w wakacje przez obozy klubów NBA i Summer League, nie mają wpływu na średnią. Oczywiście, wywód jest teoretyczny, bo nie można skali talentu pokazać liczbami.

Co trzeba zrobić, by zaistnieć od początku w NBA? Niestety całkiem sporo. Mieć talent, szczęście do trenera, szczęście do sytuacji w drużynie, silną psychikę i wpasować się do zespołu w szatni. No i oczywiście ciężko harować u unikać kontuzji.

Zakładając talent i harówkę – pozostają więc już tylko głowa, zdrowie i szczęście. Z głową bywa różnie, ale w końcu można nad sobą panować. Dużo gorzej ze szczęściem i zdrowiem.

Przykładami koszykarzy z ostatnich lat, którzy mieli szczęście do sytuacji w drużynie (spełniając pozostałe warunki) są m.in. Jonas Jarebko z Pistons (kontuzje wykazały braki na pozycji SF), Anthony Morrow w Warriors (kontuzje Ellisa i Azubuike), Chris Douglas-Roberts w Nets czy Johnny Flynn w Minnesocie (nie mieli rozgrywającego). Możnaby wymieniać dalej (np. Courtney Lee w Orlando Magic).

W drugą stronę można wymienić np. Jarryda Baylessa, świetnego koszykarza, i jego przygody w Blazers, gdzie trudno było rywalizować z gwiazdą (Brandon Roy- przykład Wesa Matthewsa pokazuje, że gdy nie ma Roya, a ma się talent, głowę i pracę można stać się kimś, nie będąc nawet w drafcie).

Oczywiście szczęściu trzeba pomóc. Można to zrobić np. wytrwałością – co zwykle zajmuje kilka lat. Przykładem takich karier są koszykarze, których nazywam „ŚPIOCHAMI”. Oto kilku z nich z Draftu 2007:

Rodney STUCKEY (nr 15)

Stuckey miał zarówno talent, jak i sporo szczęścia.

Stuckey trafił do drużyny Billupsa. Wysoko postawiona poprzeczka, ale można się czegoś nauczyć. Zwłaszcza, że Stuckey dostał szansę na bycie nr 2. Sytuacja się jednak nagle zmieniła, gdy Billupsa trafił do Denver za Iversona, a z Iversonem długo w Detroit nie wytrzymali.

Średnie z pierwszego sezonu: 19 minut, 7,6 ppg/2,3 as.

Średnie z tego sezonu: 30 minut, 15,1 ppg/4,4 as. (poprzedni był lepszy 16,6 ppg/4,8 as.)

Nick YOUNG (nr 16)

Podobnie jak Stuckey, Young trafił do drużyny z wyraźnym liderem i to grającym na tej samej pozycji – Arenasem. Young też dostał szanse. A gdy Arenas zniknął, stał się liderem.

Średnie z pierwszego sezonu: 15,4 minuty, 7,5 ppg

Średnie z tego sezonu: 31,7 minuty, 17,8 ppg

Wilson CHANDLER (nr 23)

Wilson Chandler to szara eminencja. Lider, który nie potrzebuje być na pierwszym planie

Na początku zadaniowiec, w ubiegłym sezonie, gdy nie było jeszcze Amare – lider. Z nim w składzie nawet zyskał na statystykach.

Średnie z pierwszego sezonu: 19,6 minuty, 7,6 ppg/3,6 rpg

Średnie z tego sezonu: 34,4 minuty, 16,5 ppg/5,9 rpg

Aaron BROOKS (nr 26)

Średnie z pierwszego sezonu: 11,9 minuty, 5,2 ppg/1,7 as.

Średnie z poprzedniego sezonu (gdy nie był ciągle kontuzjowany): 35,6 minuty, 19,6 ppg/2,6 ass

Draft 2007 ma kilka innych, podobnie spektakularnych przykładów: Joakim Noah, Jared Dudley i Carl Landry podobnie przebili się do pierwszych piątek lub przynajmniej jak Dudley stali się „pierwszymi z ławki”.

 

Kandydaci na śpiocha

Jak już powiedziało się, że każdy draft ma swoich śpiochów, czas zaryzykować i wskazać kilku koszykarzy, którzy mają szanse pójść drogą kolegów z poprzednich roczników. Pominę tu graczy z pierwszej piątki draftu – jeśli znaleźli się już tak wysoko, to ktoś uznał, że nie po to wydaje się całkiem spore pieniądze na młodego, niesprawdzonego koszykarza, by nie dawać mu minut gry (od 3 do 5 mln dol. za sezon). Oni swoją szanse dostaną. Podobnie jak kilku ich kolegów z miejsc do 10-tego. Oto moje typy:

Greivis VASQUEZ (nr 28, Memphis Grizzlies)

Czy Vasquez da radę grać na parkietach NBA tak, jak to robił w Maryland Terrapins?

Kiedy oglądałem w ubiegłym sezonie kilka spotkań Maryland Terrapins, Vasquez bezsprzecznie dominował w nich na boisku. Żadne tam wielkie wsady, efektywne alley-oopy tylko świetna kontrola tempa gry, gra piłką, szerokie pole widzenia, umiejętność brania odpowiedzialności w swoje ręce. Vasquez to moim zdaniem jeden z najbardziej wszechstronnych koszykarzy tego draftu. Jeśli dostanie szanse (a na razie dostaje 12 minut w meczu, ale w miarę regularnie), a zdrowie dopisze, może pozostać w tej lidze przez kilkanaście najbliższych lat. Mike Conley ma silnego konkurenta.

Damion JAMES (nr 24, New Jersey Nets)

Gwiazda Texas Longhorns szansy nie dostaje. Zaledwie 19 rozegranych spotkań to dla chłopaka, który potrafił zbierać w NCAA po 10 zbiórek w meczu, rzucać 15-18 pkt i jeszcze mieć skuteczność za 3 punkty bliską 40 proc. to niewiele. James to wielki talent. Szkoda byłoby go zmarnować. Na szczęscie pod nieobecność kontuzjowanego Travisa Outlawa zaczął pojawiać się w pierwszej piątce Nets.

Patrick PATTERSON (nr 14, Houston Rockets)

Silny skrzydłowy z Kentucky ma automatyzm rzutowy Davida Westa. I ma szansę zrobić podobną karierę. Na przeszkodzie stoi tylko Luis Scola. Ale od Scoli można się sporo nauczyć w grze podkoszowej. Z Pattersona będą ludzie.

Ed DAVIS (nr 13, Toronto Raptors)

Z całej tej czwórki dostaje najwięcej szans. Zagrał już ponad 40 meczy po 22 minuty w każdym. Jego rywalem o miejsce w składzie Toronto jest głównie Amir Johnson. I choć Johnson jest równie dobry, jak i niedoceniany, Davis ma spore szanse na karierę. Nieźle rzuca, świetnie zbiera, gdyby jeszcze potrafił lepiej „udawać” centra byłoby mu w Raptors dużo łatwiej.

Al-Farouq AMINU (nr 8, Los Angeles Clippers)

W zasadzie nie powinienem umieszczać tu nikogo z tak wysokim numerem (a żałuję, bo z Grega Monroe czy Paula George’a też mogą być ludzie), ale w przypadku Aminu zrobię wyjątek. Moim zdaniem to jeden z największych talentów tego draftu. Niezwykłej, jak na gracza o wzroście 6’9″, motoryce towarzyszą doskonałe umiejętności rzutowe (35 proc. za trzy!). Aminu jest bardzo młody – dopiero w październiku 2010 przestał być nastolatkiem. Jest systematycznie ogrywany – zagrał we wszystkich meczach Clippers, średnio po 18 minut.

W przypadku tak młodych graczy wiele zależy od „głowy”. Aminu ma szansę, bo Clippers nie mają wielkich gwiazd na pozycji niskiego  skrzydłowego (Ryan Gomes, Rasual Butler, Jamario Moon). Teoretycznie, jużteraz mógłby stać się kimś. Na razie tak się nie dzieje. I to może niepokoić. Ale Garnett (jako PF) na początku też się tylko ogrywał w cieniu Laettnera, Gugliotty i Mitchella. Tyle, że tamci byli nieco lepszymi zawodnikami niż Gomes, Butler i Moon.

Xavier HENRY (nr 12, Memphis Grizzlies)

Od początku sezonu Grizzlies mieli nadzieję, że Henry będzie następcą OJ Mayo. Urodzony w Belgii Amerykanin na razie tego nie potwierdza.

Umieszczam go tu za zasługi przeszłe. Umiejętności motoryczne i przywódcze (co pokazał grając w Kansas) ma świetne. Tyle, że w meczach Grizzlies, które widziałem, grał fatalnie. Analitycy zwracają uwagę, że jest bardzo młody (19 lat, 1991 rocznik). Mam swoje wątpliwości, ale papiery na granie ma, a sytuacja na jego pozycji (rzucający obrońca) w Memphis robi się interesująca – OJ Mayo jest na wylocie, Tony Allen wykorzystywany jest w podobnym charakterze jak w Celtics (zadaniowiec z ławki), a Sam Young mecze świetne przeplata fatalnymi. Henry ma wszystko, by wykorzystać szansę.

Na razie ten sezon jest dla debiutantów rozczarowaniem. Dla mnie także.

Gdyw ubiegłym roku oglądałem mecze NCAA, byłem niemal pewny, że kilku z utalentowanych graczy akademickich w NBA się znajdzie. Lista brakujących jest długa. Po fatalnym sezonie w UConn jego gwiazdy – Stanley Robinson i Jerome Dyson – nie powąchały jeszcze parkietów zawodowych. Robinson ledwo (nr 59) do draftu się załapał. Nie udało się to m.in. dla Wayne’a Chisma i JP Prince’a z Tennessee czy Omara Samhana z St. Mary. Dużym zaskoczeniem jest brak w drafcie Matta Bouldina z Gonzagi (gra gdzieśna zapleczu ligi greckiej). Szkoda Scottiego Reynoldsa z Villanovy, Jona Scheyera z Duke (nawet mistrzostwo NCAA mu nie pomogło), Marquisa Gilstrapa z Iowa State i Artsioma Parakhouskiego z Radford (lider NCAA w zbiórkach).

Sąteż tacy jak Stanley Robinson, którzy do draftu trafili, ale jeszcze nie zadebiutowali (i może nigdy tak się nie stanie): Dexter Pittman z Texasu, Darrington Hobson z New Mexico czy Jarvis Varnado z Mississipi State. Ale najbardziej żałuję gwiazdy West Virginii Da’seana Butlera. Jego młodszy (i moim zdaniem gorszy kolega) David Ebanks grywa w Lakers. Butlera Miami zwolnili na kilka tygodni przed początkiem sezonu. Może ktoś wie, co teraz porabia?

Wracając do poprzedniego wpisu. Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Porównanie debiutanckich sezonów (w nawiasie numer draftu):

PUNKTY – >10 ppg

2010 – 4 graczy – Wall (1), Cousins (5), Fields (39) – Griffin (1) z draftu 2009

2009 – 9 graczy – Harden (3), Evans (4), Flynn (6), Curry (7), Jennings (10), D. Collison (21), Casspi (23), Thornton (43), R. Williams (n/d)

2008 – 13 graczy – Rose (1), Beasley (2), Mayo (3), Westbrook (4), Love (5), E. Gordon (7), Augustin (9), B. Lopez (10), Thompson (12), Chalmers (34), Morrow (n/d) – Fernandez (24), M.Gasol (41) z poprzedniego draftu

2007 – 6 graczy – Durant (2), Horford (3), Green (5), Thornton (14) – Navarro (39) i Scola (55) z draftu 2002

MINUTY – >20 mpg

2010 – 11 graczy

2009 – 18 graczy

2008 – 19 graczy

2007 – 16 graczy

Dodaj komentarz

Filed under Draft, NBA

Tydzień wielkich wymian

W ciągu zaledwie trzech dni 41 koszykarzy NBA zmieniło barwy klubowe. Kto najwięcej zyskał podczas wielkiej karuzeli transferowej? Subiektywne podsumowanie największych transakcji.

1. Carmelo Anthony w New York Knicks

Nawet jeśli o odejściu Melo z Nuggets mówiło się od miesięcy i na koniec i tak wylądował tam, gdzie powszechnie oczekiwano, to nic nie przebije wielkiej wymiany Nowy Jork-Denver. Dzięki niej na Wschodzie rodzi się nowy pretendent do tytułu. Jakby było ich tam już teraz mało. Najciekawsze, że obaj trenerzy George Karl z Denver i Mike D’Antoni z Nowego Jorku nie kryją niezadowolenia z wymiany. Przyjdzie im z tym żyć. Ale, że o transakcji rozpisywałem się już wcześniej, analizę można znaleźć tutaj: Byle wrócić do Nowego Jorku

Na osłodę video odpowiadające na pytanie: Dlaczego warto mieć w swojej drużynie Anthony’ego?

2. Deron Williams w New Jersey Nets

Największa transakcyjna niespodzianka sezonu. Dwukrotny uczestnik meczów gwiazd, reprezentant USA, trzeci podający całej ligi (9,7 asysty na mecz; tylko za Rondo i Nashem), szesnasty strzelec NBA (21,3 pkt na mecz) i bezapelacyjny lider Utah Jazz został oddany do jednej z gorszych drużyn ligi, która jeszcze w ubiegłym sezonie była bliska ustanowienia smutnego rekordu i zostania najgorszą ekipą w historii NBA.

Nie dość, że pogłoski o transakcji nie wyciekły do prasy czy dużych portali sportowych, to nie spodziewał się tego nawet sam Deron Williams. Nets zrobili dobry interes. Jak dobry można zarówno opisać, jak i pokazać:

D-Will to gwiazda, lider, silna osobowość, która potrafi prowadzić drużynę, nawet pełną tylko boiskowych walczaków do Playoffs, czyli miejsca, w którym Nets nie byli od czterech lat. Ale wtedy mieli Trzech Muszkieterów – Jasona Kidda, Vince’a Cartera i Richarda Jeffersona.

W zamian Jazz dostali Devina Harrisa, niezłego rozgrywającego (choć bliżej mu do tzw combo guarda), którego kariera nie rozwija się na miarę możliwości (w New Jersey miał być liderem, w Dallas pierwszym rozgrywającym drużyny z mistrzowskimi aspiracjami) oraz Derricka Favorsa, trzeci numer ubiegłorozego draftu, 19-letniego silnego skrzydłowego, któremu przepowiadana jest wielka kariera, choć na razie nie staje na wysokości zadania. Ale podobnie było z 19-letnim Kevinem Garnettem po przyjściu do NBA w 1995 roku. Do tego Jazz dostali dwa wybory w pierwszej rundzie draftów 2011 i 2012.

Na pierwszy rzut oka więcej na transakcji zyskają New Jersey Nets. Solidny zespół z wielką gwiazdą w składzie.

Jazz z kolei postawili na przyszłość. Po odejściu trenera Sloana, Carlosa Boozera do Bulls i teraz Derona Williamsa do Bulls, wyprzedali najcenniejsze aktywa i weszli w czasy wielkiej przebudowy. I choć jeszcze kilka tygodni temu byli na 5 miejscu na Zachodzie (teraz na 8 ) ich szanse na wejście do playoffs są niewielkie. Ani w tym, ani w przyszłym roku. Ale kto wie może przyszłość należy do nich?

3. Gerald Wallace w Portland Trail Blazers

Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka wymiana Celtics-Thunder, wygląda na ciekawszą. Tyle, że tam choć w grę wchodzą wielkie nazwiska nikt nie wzmocnił się tak, jak Blazers ściągając do siebie Geralda Wallace’a. Choćby dlatego:

Wiecznie kontuzjowany center Joel Przybilla, weteran i były gracz Śląska Wrocław Sean Marks i utalentowany zadaniowiec Dante Cunnigham to niewiele za gracza formatu Wallace’a. Może więc Charlotte Bobcats, oddając jednego z dwóch liderów drużyny, podobnie jak Jazz myślą głównie o przyszłości? Wtedy dwa wybory w pierwszej rundzie draftu, które dostali od Portland mają sens. Tyle, że Blazers pewnie znajdą się w playoffs, więc Bobcats co najwyżej będą mogli wybierać wśród drugiej pietnastki nadziei NBA.

Inna sprawa, że Wallace rozgrywa jeden z najgorszych sezonów od siedmiu lat, gdy trafił do Bobcats z Sacramento Kings. Może być go trudno wkomponować w drużynę, w której nie brakuje niskich skrzydłowych, brakuje za to graczy podkoszowych. Chyba, że Blazers będą chcieli grać „niskim” składem – bez centra. Co i tak się im ostatnio często zdarzało.

4. Kendrick Perkins i Nate Robinson w Oklahoma City Thunder.

Choć Boston Celtics dostali w zamian Jeffa Greena i centra Nenada Krsticia, więc na papierze mogłoby wyglądać, że to oni na tym najwięcej zyskają (Green to doskonały zawodnik, potrafiący właściwie wszystko), to w obecnym układzie personalnym Bostonu trudno wkomponować nowe nabytki. Thunder zyskują za to porządnego centra, którego im brakowało i widowiskowego rozgrywającego o wzroście ok. 170 cm (w oficjalne 177 cm nie wierzę) . Oto co stracili:

Ale a to zyskali tego pana, o którym śmiem twierdzić, że jest lepszy od wspomnianego wcześniej Geralda Wallace’a:

5. Kirk Hinrich w Atlanta Hawks

Dlaczego nie Brooks w Suns albo Williams w Clippers? Bo Hinrich to moim zdaniem jeden z najlepszych i równocześnie najbardziej niedocenianych rozgrywających NBA. Ciąży jednak nad nim fatum pierwszych numerów draftu. Bulls oddali go rok temu do Wizards, bo spadł im z nieba nr 1 draftu Derrick Rose (dziś kandydat do tytułu MVP). Wizards oddali go do Hawks, bo zupełnie niespodziewanie wylosowali nr 1 draftu a wraz z nim Johna Walla (kandydat na drugiego… Derricka Rose’a).

Do Hawks trafił też wiotki center Hilton Armstrong (przegrywał rywalizację z Javalee McGee). W drugą stronę powędrowali rozgrywający Mike Bibby (podstarzała nadzieja na drugiego Jasona Kidda) oraz Jordan Crawford i Maurice Evans (solidny niski skrzydłowy). Hawks oddali też numer w pierwszej rundzie draftu.

Dla Hawks ta wymiana ma więcej sensu niż dla Wizards. Hinrich to świetny rozgrywający, myślący, który potrafi wkomponować się w drużynę, podawać, rzucać za trzy – czyli gwarantuje stabilizację na parkiecie, której Bibby nie dawał. Pod koszem, po tym jak Al Horford „przebranżowił” się z centra na silnego skrzydłowego, spychając Marvina Williamsa na ławkę, Hawks mieli dziurę oraz Zazę Pachulię, a na drugim planie mięso armatnie: Jasona Collinsa, Josha Powella i Etana Thomasa. Armstrong to przynajmniej jakaś alternatywa dla Pachulii.

A Bibby skazany jest chyba na emeryturę na ławce i statystowanie młodym wilczkom takim jak – Nick Young i John Wall.

Story of Kirk Hinrich:

6. Mo Williams w Los Angeles Clippers – Baron Davis w Cleveland Cavaliers

Nie wiem, kto na tym zyska więcej. Uważam jednak, że Davis to lepszy koszykarz, który trafi do drużyny lepszego trenera (Byron Scott), której na dodatek na Wschodzie NBA kibicuje. 🙂

Problem w tym, że Cleveland Cavaliers to obecnie najgorsza drużyna w NBA (w poprzednim sezonie dla odmiany najlepsza), a zarówno Davis, jak i Williams grają fatalnie. W przypadku Davisa to najgorszy sezon od 10 lat, a Williamsa od 5 lat.

Dla osłody pozostaje nadzieja na lepszą przyszłość i wspomnienie jak grali niegdyś:

Szkoda Baron, że zwiałeś z Golden State.

Nie wiem czy wymiana kogokolwiek wzmocni – a języczkiem uwagi może być wybór w pierwszej rundzie draftu, który trafił do Cleveland. Clippers raczej w playoff nie zagoszczą, więc może byćto cąłkiem wysoki wybór i całkiem niezły zawodnik. Clippers dostali jeszcze Jamario Moona, ale ten najlepsze lata przeżywał w Toronto Raptors. W Cavs był już cieniem samego siebie. Może w Clippers odżyje, bo drużyna z LA cierpi na chroniczny brak dobrego niskiego skrzydłowego (rywalizacja między Rasualem Butlerem, Ryanem Gomesem i rookie Al Farouq Aminu).

7. Aaron Brooks w Phoenix Suns

Suns ubili dobry interes – za kieszonkowego, przyszłościowego koszykarza, który w playoffach udowodnił już, że potrafi być liderem drużyny, oddali chimerycznego rozgrywającego Gorana Dragicia, który zamiast robić postępy, wyraźnie się w tym sezonie cofa. I żadnym usprawiedliwieniem nie są dwa-trzy dobre mecze z poprzednich playoffs.

Wymiana Suns-Rockets to teżsygnał, że w Phoenix myślą już na poważnie jak zastąpić Steve’a Nasha. Nie zdziwiłbym się, gdyby Nash dograł do końca kontraktu i zawiesił trampki na kołku. A kontrakt kończy mu się za rok. W najczarniejszym scenariuszu, jeśli w NBA dojdzie do lokautu, i kibicom i Marcinowi Gortatowi zostało zaledwie kilkadziesiąt ostatnich meczów Nasha do obejrzenia. Oby był to tylko pesymizm.

A oto, co potrafi chłopak o twarzy Chrisa Rocka – czyli Aaron Brooks:

8. Hasheem Thabeet w Houston Rockets – Shane Battier w Memphis Grizzlies

Można się sprzeczać, kto na tej transakcji więcej zyska. Shane Battier to gracza bardziej znany – ceniony obrońca, kapitan Rockets i podobno niezrównany kumpel w szatni. Hasheem Thabeet to niby drugi numer draftu 2009 roku (tuż za Blake’iem Griffinem), ale na boisku nie zwykł tego pokazywać. Tyle, że Rockets, po kontuzji Yao Minga (nie wiadomo, czy nie zakończy ona jego kariery), nie za bardzo ma kogo wystawiać na centrze. Brad Miller zbliża się do emerytury, Jordan Hill nie pokazuje umiejętności pierwszego centra, więc pozostaje Chucky Hayes, który co prawda walczy i przepycha się pod koszem, ale ma zaledwie 198 cm wzrostu (co znając amerykański sposób mierzenia oznacza ok. 195 cm). Houston Rockets mogli więc rywalizować z Anwilem Włocławek (Eric Hicks) w kategorii najniższy center w profesjonalnej koszykówce.

Thabeet ma talent. Teraz ma jeszcze miejsce, by dostać minuty gry i go pokazać. Battier w Memphis się przyda – choćby po to, by kryć najgroźniejszych zawodników przeciwnika i luzować gwiazdę Grizzlies Rudy Gaya.

Na deser w transakcji znaleźli się młody rozgrywający Ishmael Smith (do Grizzlies) i wysoki skrzydłowy DeMarre Carroll (do Rockets).

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY


Dodaj komentarz

Filed under NBA

Byle wrócić do Nowego Jorku

Wielka opera mydlana dobiegła końca. Carmelo Anthony, gracz ze ścisłego panteonu gwiazd NBA, po miesiącach dostarczania plotek dla magazynów sportowych na całym świecie zmienił klub. Obyło się bez zaskoczeń. Z Denver Nuggets Anthony przeniósł się do New York Knicks.

Carmelo Anthony tęsknił do domu. Urodzony w Nowym Jorku absolwent Syracuse postawił wszystko na jedną kartę

Knicks oddali za Anthony’ego wszystko, co mieli cennego, oprócz jednego koszykarza – Amare Stoudmire’a. Generalny menedżer Donnie Walsh i właściciel James Dolan liczą teraz na zbudowanie wielkich Knicks na dwóch zawodnikach. Bulls i Jazz w latach 90-tych się udało, Lakers i Spurs na przełomie wieków również. I choć ostatnio jest raczej moda na trojaczki (Lakers – Bryant, Gasol, Odom; Celtics – Garnett, Allen, Pierce; Spurs – Duncan, Parker, Ginobili) nie oznacza to, że Knicks są bez szans.

Słowem wstępu dla mniej wtajemniczonych. Anthony to przez ostatnie 7 lat bezapelacyjny lider Denver Nuggets, drużyny, która w 2009 r. dzielnie stawiała czołow w finale konferencji zachodniej LA Lakers. Pewny niemal kandydat do Basketball Hall of Fame. Wybrany w 2003 r. z trzecim numerem draftu (za Lebronem Jamesem) i tuż przed Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem.

Dlaczego więc Denver pozbywa się Anthony’ego? Anthony nie chciał z drużyną z Colorado przedłużyć kontraktu (65 mln dol. za 3 lata gry, jedna z najwyższych pensji we współczesnym sporcie). By móc na Anthonym zarobić Denver postanowili go wymienić, bo za rok ich gwiazda trafiłaby za darmo do konkurencji. Najprawdopodobniej do drużyny, która dałaby więcej.W podobny sposób Cleveland stracili latem Lebrona Jamesa – dla wielu najlepszego obecnie koszykarza globu.

Poszukiwania nowego domu dla Anthony’ego zaczęły się jeszcze przed tym sezonem od pogłosek o jego przejściu do Nowego  Jorku, a zakończyły się transakcją z Nowym Jorkiem na 2 dni przed transferowym deadlinem (24 luty). Mydlana opera zatoczyła koło.

Knicks oddali do Nuggets – Raymonda Feltona, Wilsona Chandlera, Danilo Galinariego i Timofieja Mozgowa, czyli 70 proc. podstawowego składu (bez Stoudemire’a i Landry Fieldsa). W zamian jako dodatek do Anthony’ego otrzymali niezłego staruszka (prawie 35-letni Chauncey Billups) oraz pakiet rezerwowych, którzy od lat mają kłopoty ze znalezieniem sobie klubu (Shelden Williams – szósty klub w 5 sezonów, Anthony Carter, Renaldo Balkman).

Kto na tym zyska? Mam nadzieję, że wszyscy. Denver wciąż ma niezły skład (Felton/Lawson, Afflalo, Chandler, Martin, Nene), świetnego trenera (George Karl) i szanse na playoffs. Nowy Jork – dwie megagwiazdy Anthony’ego i Stoudemire’a – otoczone zespołem przeciętniaków. Na pierwszy rzut oka lepiej wychodzą na tym Nuggets. Moim jednak zdaniem to Knicks staną się dzięki tej transakcji nową siłą NBA.

Anthony to dystansowy morderca o wzroście 203 cm. Stoudemire doskonale gra pod koszem, ale od kilku sezonów też świetnie rzuca z krótkiego dystansu. Trudno grać przeciwko drużynie, której dwie największe gwiazdy mogą automatycznie razić z każdego miejsca na boisku. Aby ten miks był morderczy potrzebny jest tylko dobry rozgrywający. Takiego Knicks zyskują w osobie Billupsa. Tyle, że to broń krótkookresowa. Billups (mistrz NBA z Pistons) skończy w tym roku 35 lat. A Anthony i Stoudemire będą grać ze sobą najprawdopodobniej przez najbliższe 4 sezony (jak wynikałoby z ich kontraktów).

Cała nadzieja w trenerze Mike’u D’Antonim. Felton, przez lata pierwszy rozgrywający Bobcats, w Knicks był odkryciem grając najlepszy sezon w karierze. To jego i świetnego, skutecznego zadaniowca Chandlera żal najbardziej. Mike D’Antoni ma jednak dobrą rękę do rozgrywających. Pod jego okiem przeciętniacy stają się ligowymi średniakami (Chris Duhon rok temu), a średniacy awansujądo pierwszej ligi (Felton). Przeciętniaków i średniaków na niskich pozycjach jest w NBA naprawdę sporo. I wielu ma duży, niewykorzystany talent. D’Antoni ma czas by znaleźć kolejny diamencik. Na razie muszą mu wystarczyć Toney Douglas (dobrze ruca, słabo rozgrywa) i rookie Andy Rautins (na uczelni Syracuse – tej samej z której wywodzi się Anthony – był prawdziwym przywódcą) i weteran Anthony Carter.

Przy okazji Knicks zadbali, by Landry Fields (może grać na dwóch pozycjach SG i SF) nie czuł się samotny i bezkonkurencyjny, i ściągneli z Timberwolves Coreya Brewera. Oddali niechcianych i ciążących im na budżecie Eddy’ego Curry i Anthony’ego Randolpha. Tyle, że Brewer to jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych i szalonych koszykarzy zaludniających parkiety NBA. Wielkiej kariery w Knicks mu nie wróżę, mimo że D’Antoni preferuje szalone tempo i krótkie akcje.

Denver wyszło na transakcji nieźle – lepiej jest dostać kilku dobrych koszykarzy niż zadowolić się niczym. Ale to Knicks zagwarantowali sobie przyszłość w gronie pretendentów do tytułu mistrzowskiego. A tego ostatniego nie zdobyli o 1973 roku, gdy drużyną Knickerbockers rządzili Walt Frazier, Bill Bradley i Earl Monroe, a tło dla nich stanowił Phil Jackson. Ostatni mistrzowie w najbliższych latach kończą siedemdziesiątkę. Czas na następców.

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY

Photo – Source: flickr.com. Author: ballerblogger

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Goodbye Mr. Sloan

Jerry Sloan po 23 latach pożegnał się w czwartek z NBA. Szybko, zdecydowanie i niespodziewanie.

Podobno po konflikcie z Deronem Williamsem (choć czytelnicy ESPN odżegnują od czci i wiary Rica Buchera, który rozsiewa taką wersję wydarzeń) lub jak kto woli, bo miał dość. Na ten drugi wariant wskazywałyby też warunki umowy, która zakładała, że Sloan może odejść kiedy zechce. Zechciał i odszedł.

Z 23 latami u sterów Utah Jazz Mr. Sloan ustępował tylko Aleksowi Fergusonowi w Manchester United.

Co dwóch to nie pięciu

Gdy kilka tygodni oglądałem listopadowe starcie Jazz z Lakers (wygrane przez Utah) nie mogłem zrozumieć, jak to się dzieje, że Jazz przez ostatnie 21 z 22  sezonów są na plusie. Bardzo prosty schemat gry, z wykorzystaniem miksu pick-and-roll i gry inside-outside sprawia, że bez względu na wykonawców Utah zwykle gra w playoffach. Tyle, że po odejściu Carlosa Boozera do Bulls nawet pick-and-rolle są już nie te, a mimo to Jazz zajmowali 5. miejsce na Zachodzie.

Sloanowi wystarczały zwykle superduety i zespoł zadaniowców. Nie sposób nie wspomnieć  Johna Stocktona i Karla Malone’a, ale nawet wówczas ich otoczenie było dość przeciętne. Pomijając może tylko Jeffa Hornacka, trudno uznać Grega Ostertaga, Bryona Russela, Shandona Andersona, Howarda Eisleya, Chrisa Morrisa czy Antoine’a Carra za graczy, którzy odcisneli trwałe piętno na koszykówce NBA. Świadczą o tym przede wszystkim ich kariery. I choć np. do Carra mam sentyment za lata gry w trykocie San Antonio Spurs, to muszę przyznać, że gdyby wspomniana szóstka grała np. w Washington Bullets, Minnesota Timberwolves czy Sacramento Kings, a nie w finałach NBA AD 1997 i 1998 niewielu by o nich pamiętało.

Po erze Stocktona i Malone’a nie było już tak wesoło. Po trzyletnim załamaniu (2004-07), gdy Jazz nie awansowali do playoff (choć wcale słabo się nie spisywali) do drużyny trafili Deron Williams i Carlos Boozer. Jazz wrócili do czołówki i zaczęła się nowa era. Teraz nie ma w drużynie ani Boozera, ani superzadaniowców Harpringa, Korvera czy Brewera. A mimo to Jazz wciąż walczą o miejsca 5-6 na Zachodzie. Nowy center Al Jefferson tylko na poziomie pensji zastępował Boozera (świetny rzut z dystansu), a Andriej Kirilenko popadł w rutynę.

Co dalej z Jazz?

Nigdy kibicem Jazz nie byłem. Za dużo w tej grze było schematów, za mało polotu. Zespół z Williamsem i Boozerem i tak podobał mi się o niebo bardziej niż za czasów Stocktona i Malone’a. Co dalej?

Wiele zależy od tego, jakim trenerem będzie Tyrone Corbin, który pobierał przecież lekcje u Sloana zarówno jako gracz, jak i asystent. (Swoją drogą drużyna z Corbinem, która w latach 1992-94 do finałów nie dotarła z superstrzelecem Jeffem Malone, Davidem Benoit i Tomem Chambersem wydaje mi się nawet ciekawsza od ekipy Mistrzów Zachodu ’97-98).

Jeśli jednak Corbin nie dorówna Sloanowi marnie przyszłość Jazz widzę. W drużynie została tylko jedna gwiazda, która sama może rozstrzygać o wyniku (ale tylko wtedy, gdy ten jest bliski) – Deron Williams, reszta to zadaniowcy, których u konkurentów na pęczki. Jeden Al Jefferson wiosny nie czyni. A i on to raczej podkoszowy bumper niż gracz pokroju All-Star Game. Choć muszę przyznać, że Earl Watson i Ronnie Price robią wrażenie, tyle, że akurat oni są skazani na wchodzenie z ławki, bo grają na pozycji Williamsa.  A Millsap, choć waleczny i statystyki ma świetne jest jednak zbyt niski by na pozycji PF robić różnicę.

Nadzieją Jazz mogą być więc transfery, nagłe przebudzenie obiecującego rookie Gordona Haywarda lub… spadek na koniec stawki. To ostatnie da im szanse w drafcie, a najbliższy wygląda obiecująco (Jared Sullinger i Perry Jones III mogą stać się gwiazdami NBA – ale o draftach w następnym poście).

Przychodzi mi do głowy transfer, który byłby korzystny zarowno dla Jazz, jak i ich rywali. Co byście powiedzieli, gdyby Ron Artest z Lakersów trafił do Salt Lake City w zamian za Paula Millsapa? Artest chce odejść, Phil Jackson go nie chce, a z Millsapem Lakers byliby nie do ogrania. Artest, który ma większy potencjał niż pokazuje obecnie w LA, byłby wzmocnieniem Jazz. Pod względem salary transakcja ma szanse powodzenia.

Nowa generacja

Odejście Sloana to schyłek generacji. Z trenerkąpozegnali się już Pat Riley, Don Nelson (tego akurat nie żałuję), Lenny Wilkens, Hubie Brown, możliwe że karierę lada chwila skończą też George Karl i wyrzucony z Bobcats Larry Brown. Phil Jackson od kilku lat mówi o ostatnim sezonie z Lakersami. Czas na nową myśl trenerską. Avery Johnson, Sam Mitchell, Monty Williams, Mike Brown, Lawrence Frank czy  Scott Brooks mogą być tymi, którzy zbudują kolejne dynastie. Charakteru im nie brakuje. Ale jak pokazują ostatnie lata właścicielom klubów i ich generalnym menedżerom brakuje trochę charakteru, by te silne osobowości dopuścić do sterów i trwale im zaufać.

 

Photo by sdfsadfsdfsdf. Source: flickr.com

 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Gortat a All-Star Game

Czy polski jedynak w NBA po przeprowadzce do Phoenix Suns może stać się prawdziwą gwiazdą? Nie sądzę.

Marcin Gortat musi chwycić nadarzającą się okazję na zrobienie kariery

Zdania speców od NBA są w tej sprawie, można rzec, że jak zwykle, podzielone. Jedni uważają, że kilka meczy z podwójnymi zdobyczami punktowymi i zbiórkami to za mało, zdaniem innych, to w połowie zasługa Steve’a Nasha (sam Gortat tak twierdzi), a optymiści wieszczą, że to tylko początek. Gdy tylko Gortat wdroży się w naoliwione podaniami Nasha granie zespołowe, droga do prawdziwego sukcesu stanie przed nim otworem.

Dlaczego daleko mi do optymizmu:

1) Gortat ma problem z rzutami z dystansu

Polskiemu centrowi brakuje automatyzmu. Nikt nie wymaga od niego, by rzucał podobnie jak o kilka centymetrów niźsi Carlos Boozer, David West czy Elton Brand. Ale bez skuteczności z dystansu jego gra jest czytelna dla przeciwnika. Po pick-and-rollu, po którym przeciwnik zamyka mu możliwość wejście pod kosz Gortat przestaje być dużym zagrożeniem w ofensywie.A na pick-and-pop jest za słaby.

Najlepszy przykład to mecz z Oklahoma City Thunder z 4 lutego 2011, gdy kilkakrotnie zmuszony był rzucać z 5-7 metrów po pick-and-rollach i w efekcie miał skuteczność rzutów z gry 3 na 10 .

http://www.basketball-reference.com/boxscores/201102040PHO.html

2) Gortat nie jest agresywny w walce pod tablicami przeciwnika

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Polak to klasyczny walczak. Tylko czemu zdarzają mu się mecze, gdy zbierając 8-10 piłek żadnej nii zdobywa w ataku? Polak nie idzie po rzucie kolegów do zbiórek. Sporo mógłby się tu nauczyć choćby od Paula Millsapa z Utah czy od Chuckye’ego Hayesa z Rockets. Za oboma nie przepadam, ale ich skuteczność pod tablicami jest imponująca.

Brak zbiórek w ataku niesie za sobą spadek efektywności Gortata. Jego zespół ma niejsze szanse na ponawiania akcji, a on na więcej punktów z dobitek lub wolnych, ewentualnie na więcej asyst z odegrań na obwód. Aż prosi się, by powielić model z Orlando z Dwightem Howardem – grę inside-outside (najlepiej sprzed 2-3 lat). Ale do tego trzeba zbiórek w ofensywie lub przynajmniej takiej gry, by rywale uważali, że Gortat jest na tyle groźny, że trzeba go podwajać.

Na koniec przykład liczbowy. Polak w Phoenix zbiera średnio w ataku 1,6 piłki na mecz w 25 minut (na 10 lutego 2011).  Niemal identyczny wskaźnik miał w Orlando, gdy grając ok. 16 minut zbierał 1,5 piłki. Lepszą średnią może się obecnie pochwalić w NBA aż 47 koszykarzy. Z czego aż 25 spędzających średnio na parkiecie od 15 do 29 minut.

Są wśród nich takie tuzy jak: JaValee McGee, Kris Humphries, Amir Johnson, Greg Monroe, DeAndre Jordan, Darko Milicic, Derrick Favors czy Jordan Hill. I to oni (może poza Hillem) są bliżej wielkiej kariery niż Gortat.

3) There is no future without Nash

Każdy, kto widział przynajmniej kilka meczy Gortata w Suns, musi przyznać, że Nash kreuje grę Polaka. Kanadyjczyk lubi pick-and-rolle, Polak ma problemy z grą jakichkolwiek innych zagrywek w ataku.

I tu są dwa kłopoty. Po pierwsze Nash ma 37 lat, a że blisko mu do emerytury, włodarze klubu chcieliby na nim coś jeszcze zyskać, stąd plotki o transferze Kanadyjczyka. Bez Nasha nie ma wiele Gortata w ataku. Drugi rozgrywający Goran Dragić, choć w poruszaniu się po boisku Nasha przypomina (charakterystyczne biegi okrążające i crossy przez obronę) nie tylko nie podaje tak dobrze (6 as. na 36 minut przy 12 asystach Nasha w tym samym czasie), ale na dodatek niechętnie podaje Polakowi (przypomina się Jameer Nelson). Jest jeszcze trzeci rozgrywający – Zabian Dowdell, ale to wielka niewiadoma (dużo prostych błędów).

Wszystko to, co napisałem nie znaczy, że Polak nie jest wartościowym graczem. Jako facet od czarnej roboty sprawdza się doskonale. Ale statusu gwiazdy w NBA i uczestnictwa w meczach All Star (choćby raz!) nie osiąga się czarną robotą. I nawet jeśli ktoś poda przykład Denisa Rodmana to Polakowi do „Robaka” brakuje jednak podobnych umiejętności zbierania piłek.  Zwłaszcza w ataku.

Pomimo tych wszystkich uwag jestem przekonany, że przenosiny Gortata do Phoenix to krok do przodu. Powodzenia!

Photo – Source: flickr.com, Author: ebabyenglish2

3 Komentarze

Filed under NBA