Category Archives: NBA

Szczęściarze roku

Takiego finansowego rozpasania, jak latem tego roku, NBA nie widziało nigdy. Nawet gracze drugoplanowi, przy dobrym układzie gwiazd (czytaj duży cap space i sprawny agent) mieli szanse na lukratywne kontrakty. Umowy na 10 mln dol. rocznie i więcej sypały się więc z rękawa. Sensu i logiki w niektórych z umów trudno się nawet doszukiwać.

Poniżej subiektywny ranking finansowego nonsensu klubów NBA (a TUTAJ możecie zagłosować, na najbardziej przepłaconego koszykarza NBA):

10. Evan TURNER – Portland Blazers – 16,4 mln dol.

9. Jordan CLARKSON – Los Angeles Lakers – 12,5 mln dol.

jordan_clarksonLakersi ewidentnie liczą na to, że Clarkson będzie gwiazdą. Mam co do tego wątpliwości. Nie uważam wcale, że Clarkson jest kiepski, ale graczy podobnych do niego, o zbliżonych umiejętnościach,  amerykańskie uniwersytety produkują po kilkunastu rocznie. Jedni powiedzą, ze wszystko tkwi w głowie, a inni, że zależy od tego, czy dany chłopak dostanie szansę. Clarkson dostaje, ale nie porywa. Jego średnia asyst spada, za trzy rzuca przeciętnie, stosunek asyst do start ma słaby, na boisku nie wyróżnia się ponad konkurentów na swojej pozycji – Nicka Younga i Lou Williamsa – którzy są prawdziwymi strzelbami, i to od lat. Ale przynajmniej przez jeden sezon będzie zarabiać więcej niż Steph Curry.

 

 

8. Bismack BIYOMBO – Orlando Magic – 17 mln dol.

biyomboNiewątpliwie jest powód dla którego Bismack Biyombo może być przydatny w każdej drużynie NBA. W koszykarskim slangu nazywa się takich graczami hustlerami – oddają na parkiecie swoje serce. Hustler to zwykle zadaniowiec. I w tej roli Biyombo się sprawdza, wzrost pozwala mu grać an PF i C, nieźle bokuje, przyzwoicie zbiera. Problemem jest jego gra w ofensywie, znacznie poniżej oczekiwań. Wartość dodana, którą daje Biyombo, nie wydaje się być jednak na poziomie 17 mln dol. rocznie. Zwłaszcza Orlando, które po prostu potrzebuje gwiazd. Bo Biyombo to to „go to guy” nie jest, a ani Fournier, ani świetny przecież Vucević, też nie gwarantują wzięcia ciężaru gry na siebie w każdym meczu.

 

7. Ian MAHINMI – Washington Wizards – 16 mln dol.

mahinmiMahinmi nawet nieźle się zapowiadał. Praktykował przy Duncanie w Spurs i Chandlerze w Dallas. Ale było to dawno temu. Dziś francuski center ma już 30 lat czyli tylko dwa lata mniej od Gortata, i trudno raczej nazwać go wielką nadzieją na przyszłość. Tymczasem Wizards podpisali z nim czteroletni kontrakt wart 64 mln dol. Dotychczas Mahinmi zarabiał maksymalnie 4 mln dol. za sezon.

Rezerwowy 30-letni center zarabiający więcej niż podstawowy? Nawet jeśli to ostrzeżenie dla Gortata, to rozmowa motywacyjna byłaby znacznie tańsza.

 

 

6. Timofiej MOZGOW – Los Angeles Lakers – 16 mln dol.

Los Angeles Lakers Media Day

Wcale nie uważam, że Tima to najgorszy center świata. Wręcz przeciwnie – na tle wielu innych środkowych wypada naprawdę przyzwoicie. Problem w tym, że 16 mln dol. rocznie to płaca nieprzyzwoita. Myślę, że problem leży w głowie Mitcha Kupchaka. Lakers powtarzają schemat – musimy mieć silnego, wysokiego centra i damy za niego każde pieniądze. No to mieli – Dwighta Howarda, Roya Hibberta, a teraz mają Mozgova. Najważniejsze, że każdy jest szczęśliwy – i Tima, zarząd drużyny.

5. Solomon HILL – New Orleans Pelicans – 11,2 mln dol.

solomon_hill

Hill to czystej wody zadaniowiec. Nawet gdy grał na uniwersytecie Arizona (a miałem przyjemność obejrzeć kilka meczów tego collegu za jego czasów), był „jedynie” prawą ręką Derricka Williamsa. I nieoczekiwanie wyprzedził mistrza – zarówno pod względem kasy, jak i rozwoju kariery. Solidny w defensywie, znośny w ataku, nawet jak na 23 nr draftu wydawało się, że to zbyt mało. Po co Pelicans Hill jeśli taką samą rolę mógłby pełnić (gdyby nie był notorycznie kontuzjowany) Tyreke Evans. Co prawa Evans i Jrue Holliday są na wylocie – ich wysokie kontrakty niedługo się kończą, ale czy Hill jest alternatywą? Widzę go raczej w roli 2-3 wchodzący z ławki, a takim nie płaci się przecież 11 mln dol. rocznie? Chyba, że się jednak płaci. Cała nadzieja w tym, że Hill będzie drugim Timem Allenem -a do tego faktycznie ma predyspozycje.
Jego statystyki PER36 są najgorsze z całej niniejszej dziesiątki.

4. John LEUER – Detroit Pistons – 11 mln dol.

leuerW Detroit, mimo tego że czasy Motown dawno minęły, a kryzys doprowadził tam ceny nieruchomości do dna, chyba jednak nie wiedzą na co wydawać pieniądze. Przed tym sezonem Leuer w 253 meczach zagrał średnio po 13,6 minuty. Nie były to złe minuty. Walczak, który dobrze rzuca z każdej pozycji. Ale 11 mln dol. dla gościa który od 6 lat gra po 13 minut w meczu? I który gra na pozycjach zarezerwowanych dla tria Morris, Harris i Drummond. Po co?

 

 

 

 

3. Mirza TELETOVIĆ – Milwaukee Bucks – 10,5 mln dol.

teletovicNe wiem, czy Mirza zdałby test łosia – mało zwrotny i zastanawiająco często niedorzucający do kosza. A jak wiadomo cegła to dla każdego koszykarza wstyd. Nie, że Mirza nie potrafi rzucać za trzy – jak ma dzień, jest naprawdę przyzwoity. W Barcelonie miał status gwiazdy. Ale w NBA mieści się gdzieś między drugimi a trzecimi skrzypcami. No może obsadziłbym go jako waltornię w zespole. Ale muzycznym, a nie NBA.

2. Kent BAZEMORE – Atlanta Hawks – 15,7 mln dol.

bazemoreSzczerze mówiąc zawsze uważałem, że chłopak jest niezły. I w Golden State Warriors i w Lakersach sprawiał wrażenie zaangażowanego, świetnego obrońcy. No i przyzwoicie trafia z dystansu. Ale to raczej taki sixth man, albo jak w Thunder Sefolosha (niegdyś) i Roberson (obecnie) zadaniowiec. Nie jest to leader, sharp shooter, rozgrywający, ani gość, który weźmie na siebie ciężar gry. Kontrakt o co najmniej 100 proc. za wysoki.

 

 

1. Allen CRABBE – Portland Trail Blazers – 18,5 mln dol.

crabbe_2Rozumiem, że fryzura a la Marek Hamsik lub Jose Callejon (pozdrawiamy fanów Napoli) może robić wrażenie. Możliwe nawet, że Allen to dobry chłopak, który nieźle rzuca i ma poukładane w głowie. Ale 18,5 mln dol. za sezon dla chłopaka, który w 147 meczach w NBA ledwie 17 razy wyszedł w pierwszej piątce, a wcześniej czyścił buty Lillarda, Matthewsa i McColluma? Parafrazując Tomasza Hajto – trzeba to powiedzieć jasno – Paul Allen oszałał.

 

 

 

 

I tzw. poczekalnia w grę wchodzili jeszcze: Austin Rivers (LA Clippers), Alec Burks (Utah Jazz) Wes Matthews (Dallas Mavericks), DeMarre Carroll (Toronto Raptors), Nikola Peković (Minnesota Timberwolves) oraz dwóch wyjatkowo przereklamowanych moim zdaniem panów Jeremy Lin (Brooklyn Nets) i Goran Dragić (Miami Heat).

A kto Waszym zdaniem jest najbardziej przepłacanym koszykarzem z powyższej dziesiatki? Zapraszam do głosowania w sondzie, która jest TUTAJ

W rankingu znajdują się tylko gracze, którzy zarabiają od 10 do 20 mln dol. rocznie. Ci nieliczni, którzy zarabiają więcej, zasługują na osobne zestawienie.

Reklamy

2 Komentarze

Filed under NBA

Powrót na skąpane w dolarach parkiety

Czasami trzeba odkurzyć rodowe srebra. A, że blog fastbreak.pl nie był odkurzany od blisko dwóch lat, potrzeba wydała się paląca.

Wystartujmy więc wraz z 71. sezonem NBA. A sezon to może być zaiste wyjątkowy. Oto dlaczego:

Ikony odchodzą

Kobe BryantZ ligą pożegnali się gracze, którzy przez 20 lat gry stali się jej ikonami. To pierwszy sezon, w którym na parkiecie nie zobaczymy już Kobe Bryanta, Tima Duncana, Kevina Garnetta. Każdy z nich stanowił dla kolejnych roczników rookie napływających do NBA punkt odniesienia. Dla wielu także wzór. Trafiający dziś do ligi 19-22 latkowie nigdy nie widzieli NBA bez tej trójki.

Na ich grze uczyli się koszykówki, a zapewne wielu z nich miało plakaty gwiazdorów na ścianach. Bryant – wzór strzelca, Duncan – bezbłedny, doskonale wyszkolony technicznie i zimny jak lód profesjonalista, Garnett – team leader z prawdziwego zdarzenia. Dzieciaki zafascynowane koszykówką, chciały być zwykle którymś z nich.

Poprzedni rok już tak symboliczny nie był. Co prawda – Kenyon Martin, Shawn Marion, Elton Brand, Hedo Turkoglu i Jason Richardson sroce spod ogona nie wypadli, ale jednak nigdy nie stali się ikonami ligi. Co najwyżej gwiazdkami i to w najlepszych dla siebie kilku sezonach, by później stać się wartościowymi zadaniowcami.

duncan_smallerNBA musi teraz znaleźć nowe ikony, bo gwiazdy już ma. Nawet jeśli kilku graczy wciąż jeszcze dźwiga podobny ciężar (z LeBronem) na czele, to firmament wyraźnie opustoszał.

Jeśli dodamy do tego możliwe, że ostatnie sezony – Vince’a Cartera, Paula Pierce’a, manu Ginobilliego i Dirka Nowitzkiego (tu mam wątpliwości), to lada chwila pustka zrobi się jeszcze większa.

Bez idoli koszykówka nie pójdzie do przodu. Owszem są nowi (Curry, Harden, Westbrook, Davis), ale to wciąż nawet nie dekada na parkiecie.

W każdym razie, ktoś będzie musiał przejąć pałeczkę po Bryamcie, Duncanie i Garnecie.

Sezon zmian

To może być sezon, po którym NBA nie będzie już taka sama. A może dokładniej jeden z sezonów, wielkiej zmiany. Powodów jest kilka:

– Schyłek Franchise Players

Warriors introduce Kevin DurantKażda marka potrzebujemy systemu identyfikacji. Symboli, które niosą ją do przodu, jednocześnie zawsze się z nią kojarząc. W NBA w dużej mierze taką rolę pełnili franchise players. Nawet jeśli byli to gracze, którzy z 15 lat swojej kariery tylko 10 spędzali w jednej drużynie, to często pozostawali jej symbolami.

Odejście Derricka Rose’a do Knicks, Kevina Durranta do Warriors, zubożyły znacząco takie marki jak Chicago Bulls czy Oklahoma City Thunder. Zwłaszcza, że nie są to gracze, bliscy sportowej emerytury, jak np. trio Pierce, Garnett i Allen, żegnające się z Bostonem przed kilku laty. Nie wiem czy Butler i Westbrook, mimo niewątpliwych umiejętności udźwigną ciężar.

Oczywiście nie jest to proces, który zaczął się tu i teraz – ale myślę, że dla kibiców odejście Chrisa Paula z Nowego Orleanu, Dwighta Howarda z Orlando czy LaMarcusa Aldridge’a z Blazers, było większym ciosem niż jeden czy dwa przegrane sezony. To mieli być ich franchise players.

– Small Ball

nash_bell_marionTak, wiem, nic to odkrywczego. Small ball to główny temat uzewnętrzniających się komentatorów i dziennikarzy sportowych. Splash Brothers zmienili wszystko. Oczywiście to nie oni i wcale nie wszystko.

Ojcami small ball są w chronologicznej kolejności Don Nelson i Mike D’Antoni. Ten pierwszy przez dwie dekady (i to głównie z Golden State Warriors) wprowadzał taktykę szalonej ofensywy – wpierw jeszcze z Timem Hardawayem, Chrisem Mullinem i Latrellem Sprewellem, a na koniec z Baronem Davisem i Montą Elisem. A Mike D’Antoni z siedmiosekundowych akcji zrobił główne credo ekipy Suns z pierwszej dekady tego stulecia.

Do skuteczności tej taktyki potrzebnych było jednak dwóch genialnych strzelców. Kiedy wiesz, że przeciwnik zawsze może zniszczyć cię za trzy punkty, wszystko zaczyna się dziać dużo szybciej – atak rozciąga obronę, piłka krąży, trzeba szybciej się przemieszczać, bo obszar do obrony nagle rozciąga się poza linię trzech punktów. A żeby było dużo szybciej, trzeba mieć szybszych graczy. A zwykle szybsi są ci mniejsi itd.

No dobra, ale gdzie ty zmiana w tym, poprzednim czy najbliższym sezonie? Nieprawdą jest, że wszystkie drużyny NBA zaczęły grać small ball. Gdyby było inaczej Timofiej Mozgow nie podpisałby lukratywnego kontraktu z Lakers, Dwight Howard nie był nową nadzieją Atlanty, a Roy Hibbert… no może Roy to zły przykład🙂

Wiele drużyn uznało po prostu, że small ball jest najlepszym sposobem, by pokonać Golden State Warriors i przyciągnąć więcej widzów do hal i przed telewizory. W tym pierwszym przypadku to nieszczególnie prawda, co w ostatnich play offach udowadniali Oklahoma City Thunder, a co sezon San Antonio Spurs.

Rzuty za trzy punkty nabrały większego znaczenia, ale czy na pewno small ball już podbiło NBA? Nie sądzę. I myślę, że decydujący będzie ten i kolejny sezon. Nawet jeśli w finale spotkają się znów notorycznie obniżający skład Warriors i Cavaliers, nic nie jest przesądzone. Spurs z ich dwiema wieżami wcale nie są takim oldskulem. Najważniejsze w sporcie to wygrywać.

-Kasa nie musi się zgadzać.

Gdy obserwowałem kolejne kontrakty, których podpisanie ogłaszano po 1 lipca, nie mogłem wyjść ze zdumienia. Myślę, że nie ja jeden – wielu długoletnich fanów NBA musiało przecierać oczy ze zdumienia, gdy padały wieomilionowe kwoty dla graczy, którzy mają jeszcze sporo do udowodnienia .To istne szaleństwo, które już za kilka lat będzie musiało zakończyć się katastrofą. Choćby dlatego, że 15-20 mln dol. za sezon dla utalentowanego koszykarza, który jeszcze nie pokazał, że potrafi wziąć ciężar gry na swoje barki, to jeszcze nei recepta na sukces. Łatwo też wtedy nagły atak wody sodowej. Ciężko później pozbyć się zawodnika, który am rozdmuchany kontrakt – przy zasadach transferowych NBA trudno może być znaleźć odpowiednich partnerów do takiego dealu.

Kilka drużyn ewidentnie przepłaciło. Największe zaskoczenia pozwolę sobie zebrać w kolejnym poście. A lista może być długa. Aspekt finansowy – to więc kolejna zmiana. Nie wiadomo, czy tak rozdmuchane kontrakty to przejściowa moda (od kilku lat popularność NBA, a więc także jej zyski, rosną), czy stały trend. Obstawiam, modę, ale mogę się srogo rozczarować. Może od teraz, każdy przeciętny (w skali NBA, a nie lig europejskich) będzie dostawał 10 mln dol. za sezon.

W kolejnym poście – subiektywny ranking największych przedsezonowych pomyłek finansowych. Zdradzę tylko, że pan ze zdjęcia poniżej znajdzie się wysoko.🙂

crabbe

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Ostatni z Wielkich Celtów ucieka do Teksasu

Rajon Rondo, przez lata najlepszy podający NBA, przenosi się do Dallas Mavericks. To ostatni zawodnik drużyny, która w czerwcu 2008 roku zdobyła tytuł NBA.  Tym samym GM Danny Ainge dokonał przebudowy Boston Celtics. No prawie – bo pozostało mu jeszcze pozbycie się graczy, którzy trafili do TD Garden w ramach intensywnych wymian. Pierwszy w kolejce jest Gerald Wallace, przepłacany i niewiele wnoszący były gwiazdor Charlotte Bobcats.

Rajon Rondo

Rajon Rondo znów sprawi, że Juan Jose Barea będzie musiał zadowolić się rolą wiecznego rezerwowego

Co w zamian dostali Celtowie? Przyzwoitego podkoszowego Brandona Wrighta, który dopiero od niedawna przypomina sobie, że w 2007 r. wybrano go z wysokim 8. nr draftu, boiskowego walczaka Jae Crowdera, który w tym sezonie niemal wypadł z rotacji Mavericks oraz Jameera Nelsona – tego samego, który w Orlando Magic (nie)podawał Gortatowi, a w 2004 r. zdobył nagrodę Johna Woodena dla najlepszego gracza uniwersyteckiego.

Czy Celtics coś z tego będą mieli?

Uważam, że paradoksalnie największe szanse na przetrwanie w Celtach ma Crowder. Na niskim skrzydłowym nie ma w Celtach wielkiej rywalizacji – poza Jeffem Greenem ławka zieje pustką i Celtowie muszą grać small ball. Jedynym problemem jest jego roczny kontrakt. Po tym sezonie Crowder będzie wolnym agentem.

Wright, aby udowodnić swoją przydatność będzie musiał się przebić przez trio młodych i utalentowanych wysokich – Olynyka, Sullingera i Tylera Zellera. To może być trudno. No i te jego 5 mln dol. rocznie to dość sporo, jak na zawodnika jego formatu. W celtach pozostanie tylko wtedy, gdy zejdzie z kontraktu. Ale i to nie jest pewne.

A „Admirał” Nelson? No cóż – czy tak słabo grający pick’n’rolle rozgrywający jest Celtom potrzebny?Zespól jednak gra sporo na wspomniane trio wysokich. No i na dodatek mają całkiem przyzwoity   i perspektywiczny duet w osobach Avery’ego Bradleya i Marcusa Smarta.

Wygląda na to, że Boston chciał się przede wszystkim Rondo pozbyć. I niekoniecznie na nim zarobić.

Czy Rondo da Dallas tytuł?

Nie sądzę. Rondo nie jest graczem uniwersalnym. Świetnie podaje, nieźle broni, ale fatalnie rzuca. No i ze świecą szukać rozgrywającego, który tak słabo wykonuje osobiste (60 proc. to wynik dobry dla centra, a tegorocznych 33 proc. wstydziłby się nawet Shaq).

Zresztą na tej pozycji Dallas nie są wcale słabi. Barea, Harris i Felton (jak wróci z zawieszenia) to może nie koszykarze pierwszoplanowi, ale potrafiący w decydujących momentach wziąć na siebie odpowiedzialność za drużynę. Historia pokazuje, że na szczyty wchodzą drużyny zbilansowane – takie gdzie gwiazdy grają rolę gwiazd, a dookoła są wykwalifikowani gracze od czarnej roboty. Gdy gwiazd jest za wiele (lub graczy, którzy za takie się uważają) kończy się tak jak z Lakersami dwa lata temu (Bryant, Howard, Nash, Artest, Gasol). Nawet jeśli stężenie ego w Dallas jest mniejsze, to nawet pomimo obecności Monty Ellisa (niegdyś, jeszcze w Golden State, znanego jako One Man Fastbreak), Mavericks nie należą do drużyn grających szybkie akcje. A w takiej grze Rondo sprawdza się najlepiej.

Nie oznacza to, że Mavericks się nie wzmocnili. W porównaniu z Nelsonem – Rondo to duży skok do przodu. Ale czy wystarczający na Spurs, Thunder, Rockets, Clippers czy Warriors – śmiem wątpić.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Ryzykowna droga prawdziwych Celtów

Boston pozbył się właśnie najlepszego podającego i trzeciego najlepszego strzelca w zamian za podstarzałego centra i dwa niepewne wybory w drafcie. Czy tak ma wyglądać budowa wielkich Celtów?

Są drużyny, których generalni menedżerowie nie przestają mnie zadziwiać. I tak pozbycie się przez Bulls Luola Denga, nawet jeśli ma sens finansowy, znacznie ograniczyło możliwości trenerowi Thibodeau. Nawet tak świetny coach niewiele może zrobić z krótką ławką i notorycznie kontuzjowanymi Rose’m i Butlerem. Bulls mają więc zespół tańszy, ale czy lepszy? Śmiem wątpić. Chicago dostało kilka picków, ale co z tego?

Jeszcze w stroju Celtów Marshon Brooks i Jordan Crawford gonią OJ Mayo (USA Today)

Jeszcze w stroju Celtów Marshon Brooks i Jordan Crawford gonią OJ Mayo (USA Today)

Poprzedzany loterią draft, sam jest rodzajem gry hazardowej. Bo przyszłość 60 chłopaków, którzy są w nim wybierani jest wielką niewiadomą. Ostatnie lata pokazały, że dokonanie dobrego wyboru nawet, gdy ma się jeden z pierwszych dziesięciu picków, wcale nie jest proste. Lista nieudanych picków z Top Ten jest długa i z każdym rokiem robi się coraz dłuższa.

Tym większe zdziwienie budzi ostatnia transakcja, w której Celtics pozbyli się dwóch młodych, dynamicznych obrońców – Jordana Crawforda i Marshona Brooksa w zamian za nieco już wyeksploatowanego centra Joela Anthony’ego i dwa wybory w drafcie (w tym jeden lottery protected). W skrócie: Crawford i Brooks trafili do Golden State, Toney Douglas z Warriors do Heat, a Anthony i dwa picki do Celtics. Gdybym miał wybrać, kto na tym zyska najwięcej – bez wahania postawiłbym na Warriors. A największym przegranym wydaje się Boston. Dlaczego?

  1. Crawford i Brooks to nieprzeciętnie utalentowani gracze. Może być trudno o podobne talenty w drugiej rundzie kolejnych draftów.

Gdyby nie nagły zastrzyk gotówki i mocarstwowe plany Nets – Brooks mógłby być dzisiaj podstawowym graczem drużyny z New Jersey (z NJ, bo nie wiadomo, czy bez kasy Prochorowa drużyna trafiłaby na Brooklyn). Dla przypomnienia – jeszcze dwa lata temu Nets, by pozyskać gwiazdy gotowi byli oddać dowolnego gracza, byleby nie był to Brooks. Nawet Brook Lopez mógł się pakować, jeśli tylko Dwight Howard chciałby się przenieść na północ.

Crawford miał na tyle talentu, by z pierwszej piątki Wizards wygryźć Nicka Younga, który wcześniej uczynił to samo Arenasowi. Pod nieobecność Rondo – Crawford stał się liderem drużyny z Bostonu. To on, a nie Avery Bradley prowadził grę Celtów i udowodnił, że oprócz tego że jest strzelcem potrafi też rozgrywać – liczba asyst na minutę gry w jego wykonaniu skoczyła o 50 proc., a on sam stał się pod tym względem liderem Bostonu.

Brooks kończy w tym roku 25 lat, Crawford 26. To najlepszy wiek dla sportowca. Dwaj ograni w NBA gracze, wydają się być większym atutem niż nieznana młodzież z draftu. Jako argument podam kilka nazwisk graczy, których Boston wybrał w ostatnich 7 draftach: Gabe Pruitt, JR Giddens, Lester Hudson, Luke Harangody, Fab Melo, Kris Joseph i Lucas Nogueira – trzech z nich poszło w pierwszej rundzie. Żaden nie rozegrał więcej meczy niż liczy pełny sezon NBA czyli 82. I to prowadzi do kolejnego wniosku.

  1. Gromadzenie picków draftu nie jest żadną gwarancją przebudowy drużyny.

   A Boston chomikuje picki jakby były bezcennymi jajeczkami Faberge. W sumie, po transakcji z udziałem Crawforda i Brooksa, Celtics mają ich 17 w następnych pięciu sezonach. 10 z nich to wybory w pierwszej rudzie, ale kilka z nich ma klauzule Top 10 protected (czyli jeśli, któryś z oryginalnych posiadaczy picku, wylosuje nr niższy niż 11 to on wybiera gracza, a Boston musi się obejść smakiem).

Nawet jeśli trener-rookie Brad Stevens lubi i umie pracować z młodzieżą, to trochę za mało by ryzykować przyszłość klubu. Zresztą Stevens powinien się nauczyć także pracować z weteranami. Tym bardziej, że z jego młodzieży z uniwersytetu w Butler w NBA gra tylko dwóch – Gordon Hayward i Shelvin Mack. Można tylko mieć nadzieję, że Boston draftowe dno osiągnął wybierając z 22 nr draftu AD 2012 – Faba Melo, który ledwo dawał sobie radę w Syracuse.

  1. Warriors mają wyjątkowo konkurencyjny backourt. Nie ma w nim miejsca jednocześnie dla Brooksa i Crawforda. Wygra lepszy i lepiej pasujący do strategii Marka Jacksona.

Warriors wydają się być zwycięzcą tej transakcji. Prywatnie uważam, że zarówno Crawford, jak i Brooks dużo lepiej nadają się do szybkiej, kombinacyjnej gry, w której dominuje transition offense, niż Douglas. Z kolei Douglas wydaje się być nieźle dopasowany do pozycyjnej gry Heat, którzy grając dużo akcji izolacyjnych, wymuszają na przeciwniku podwajanie, uwalniając trzypunktowym strzelców na obwodzie.

Problem w tym, że na pozycjach 1-2 jest w Golden State natłok utalentowanych graczy – za plecami Curry’ego i Thompsona czają się bowiem Nemanja Nedović (jeśli będzie dostawał czas gry, może być naprawdę kimś nawet jeśli tylko w europejskiej koszykówce) oraz Kent Bazemore, który już udowodnił w rozgrywkach ligi letniej, że jeśli nie musi się martwić o konkurencję ze strony Curry’ego i Thompsona, potrafi być liderem drużyny. Na 2 potafi też grać Iguodala.

Niestety przy liczbie minut, które Curry i Thompson spędzają na boisku w rotacji Marka Jacksona jest miejsce tylko na jednego, dobrego rezerwowego. Wydaje mi się, że w tej chwili z kwartetu – Nedović, Bazemore, Brooks, Crawford – najwyżej stoją szanse tego ostatniego. Zagadką jest tylko jego charakter. Dla przypomnienia – Crawford wyleciał z Wizards miedzy innymi dlatego, że tworzył z Javaleem McGee i Nikiem Youngiem – zabawowe trio. Dziś żaden z nich nie gra już w Waszyngtonie. Ale wciąż są w NBA.

Zapraszam do polubienia profilu bloga fastbreak.pl na Facebooku

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Podkoszowa zmiana warty

Ostatnie sezony stoją pod znakiem wielkiej wymiany wysokich graczy w  kadrach drużyn NBA. Widać to nie tylko ze startowych piątek wielu drużyn, ale i ze statystyk. Pod kosze najlepszej ligi świata napływa świeża krew.

Dwóch na trzech najlepiej zbierających koszykarzy NBA ma 26 lat lub mniej.* (patrz metodologia na dole). Oznacza to, że urodzili się w drugiej połowie lat 80., a Bird, Magic Johnson czy Moses Malone to dla niej równie zamierzchła historia koszykówki, jak dla ich starszych kolegów z ligi urodzonych o dekadę wcześniej – np. Pete Maravich czy Bob Cousy.

To dowód na to, że ten i poprzedni sezon to okres wielkiej wymiany wiodących zawodników podkoszowych. „Stare gwiazdy”, dziś już często grubo po 30-tce oddają powoli pola młodszym kolegom. Cofnijmy się o kilka lat wstecz, do pierwszego sezonu otwierającego obecną dekadę. W dziesiątce najlepiej zbierających znajdowali się wtedy następujący gracze:

RPG

1

Kevin Love

21

13,8

2

Dwight Howard

24

13,7

3

Marcus Camby

35

13,6

4

Samuel Dalambert

28

13,3

5

Joakim Noah

24

13,2

6

DeJuan Blair

20

12,7

7

Carlos Boozer

28

11,8

8

Tim Duncan

33

11,6

9

Andrew Bogut

25

11,3

10

Eric Dampier

34

11,3

 średnia

27,2

12,6

W tym sezonie w gronie dziesięciu najlepiej zbierających w lidze pozostało tylko czterech z nich – Love, Howard, Duncan i Bogut. Za to średnia wieku najlepszej 10 spadła do 26 lat, a liczba zebranych piłek skoczyła o 0,5 zbiórki na mecz.  Oto zestawienie:

RPG

1

Andre Drummond

20

13,9

2

DeAndre Jordan

25

13,8

3

Dwight Howard

28

13,7

4

Andrew Bogut

29

13,6

5

Jordan Hill

26

13,5

6

Kevin Love

25

13,1

7

DeMarcus Cousins

23

12,8

8

Nikola Vucevic

23

12,3

9

Kenneth Faried

24

12,2

10

Tim Duncan

37

12

 średnia

26,0

13,1

Dla porównania średnia Marcina Gortata na 36 minut gry spadła w tym okresie z 11,3 rpg i 2,3 bpg do 9,6 zbiórek na mecz i 1,7 bloku. Inna sprawa, że w sezonie 2009-10 Gortat nie grał średnio 15 minut w meczu (minimum przyjęte przeze mnie do porównania – dla Gortata było to 13,4 minuty), a obecnie czas jego gry 32,6 minuty. A czas jest istotnym czynnikiem przy porównywaniu osiągnięć w przeliczeniu na czas gry. Gdyby nie niewiele minut Gortat w sezonie 2009-10 byłby 12 najlepiej zbierającym w NBA, w tym jest już dopiero 47. Młody peleton wydaje się odjeżdżać naszemu centrowi. Nawet jeśli statystyki to nie wszystko.

Patrząc na dość odmłodzone składy większości drużyn NBA (celuje w tym zwłaszcza wschód) widać, że w pierwszych piątkach wielu drużyn nastąpiła wręcz inwazja młodych środkowych. Wielu z nich jest obecnych w NBA od kilku lat, ale zwykle odgrywali role drugo, a czasami wręcz trzecioplanowe. Oto pięciu subiektywnie wybranych graczy, którzy wydają się wykorzystywać szanse, które otrzymali szanse od losu (czyli transferów, które spowodowały, że nagle dostali więcej minut gry) oraz od trenerów, którzy na nich postawili (wszystkei statystyki w przeliczeniu na 36 minut czasu gry).

Robin Lopez – 25 lat , Portland Trail Blazers

12 pkt., 9,8 zbiórki i 1,7 bloku

Robin LopezW lidze od dawna, ale nigdy jeszcze w tak ważnej i tak dobrze wykonywanej roli. Jeszcze w zeszłym sezonie zmiennik Marcina Gortata w Phoenix Suns, dziś pierwszy center Portland Trail Blazers, którzy po eksperymentach z JJ Hicksonem (zdaniem redaktora Michałowicza sobowtóra Michaela Jordana) oraz fatalnych wyborach centrów w drafcie (Greg Oden, Meyers Leonard) wreszcie znalazł swoje miejsce. Nie dość, że jest graczem wyjściowej piątki, to na dodatek jego zespół świetnie się spisuje w tym sezonie (zobaczymy co będzie w playoffach), a on doskonale odnajduje się w swojej roli. Choć statystycznie jego wyniki nie są może imponujące, to i tak lepsze niż jego krótkotrwałego mentora – Gortata. Zarówno lepiej od niego zbiera (45. Miejsce), jak i blokuje. Nieco gorsze wyniki punktowe to zapewne efekt niezłego otoczenia w postaci doskonałych strzelców – Aldridge’a, Lillarda czy Matthewsa.

 

Miles Plumlee – 25 lat, Phoenix Suns

12,8 pkt., 11,7 zbiórki i 2,3 bloku

Nowy center Suns, który zastąpił Gortata i Lopeza jest chyba jednym z największych zaskoczeń sezonu i jednym z kandydatom do nagrody Most Improved Player. Wyciągnięty z głębokiej ławki zespołu z Indiany jest w tej chwili, w przeliczeniu na 36 minut 5 najlepiej blokującym graczem NBA. Bez rozbicia na czas jest nr 7, a w zbiórkach nr 17 w całej lidze.

Miles Plumlee blokuje

Jego drużyna zajmuje niemal na półmetku miejsce dające szanse na grę w playoffs. I choć widziałem Suns w akcji w tym sezonie dwukrotnie – nie wiem dlaczego. Plumlee jest jednak klasycznym przedstawicielem ekipy Jeffa Hornacka – czyli skutecznej drużyny skleconej z materiału z recyclingu. Która na dodatek radzi sobie na wyjątkowo mocnym Zachodzie. Życzę centrowi Suns, jak najlepiej, ale wyjątkowo nie sądzę, żeby udało mu się powtórzyć wiele takich sezonów. To może być drugi Andris Biedrins (niestety).

 

 

 

Andre Drummond – 20 lat, Detroit Pistons

14,0 pkt., 13,9 zbiórki i 1,8 bloku

W zasadzie powinienem od niego zacząć, bo w chwili obecnej to najlepiej zbierający gracz NBA. Wraz z bratem bliźniakiem Gregiem Monroe (po tym, jak obaj się ogolili i zapuścili brody trudno ich odróżnić)  sprawia, że starcia podkoszowe z Pistonsami to prawdziwe wyzwanie. Drummond nieźle też broni, ale… cieniem na jego grze kładzie się skandalicznie słaba skuteczności z linii rzutów wolnych (38 proc.!), niezbyt zaawansowane możliwości gry kombinacyjnej (0,4 asysty na mecz) czy dość kiepski rzut dystansowy. Drummond ma jednak dopiero 20 lat i już stał się najefektywniej zbierającym graczem ligi. Strach się bać, co będzie dalej.

Nikola Vucević – 23 lata, Orlando Magic

14,6 pkt., 12,3 zbiórki, 1,2 bloku i 2,1 asysty

Nikola Vucević

Nie ukrywam – jestem Vuceviciem zachwycony. Osobiście uważam, że najgorsze co zrobiła Philadelphia w pogoni za Andrew Bynumem rok temu, to było pozbycie się Vucevicia. Chłopak jest moim zdaniem materiałem na jednego z najlepszych centrów NBA. W chwili obecnej prezentuje na pewno wyższe możliwości niż Bynum. Świetnie zbiera, nieźle podaje, doskonale rzuca osobiste (79 proc.), ma niezły dystans i wyjątkowo duży arsenał podkoszowy. Problem w tym, że grał dotychczas w stosunkowo słabych zespołach.

Magic brakuje tylko by Oladipo i Vucevicc nabyli więcej doświadczenia, mądrzejszego rozgrywającego niż Jameer Nelson oraz lepszego trenera.

 

DeMarcus Cousins – 23 lata, Sacramento Kings

26,2 pkt., 12,8 zbiórki, 1,1 bloka, 3,4 asysty, 2,1 stl.

Każdy, kto choć trochę interesuje się koszykówką, wie kim jest Cousins. 23-latek ma wszystkie papiery by stać się jedną z największych gwiazd ligi. I poniekąd już nią jest. Statystyczny lider Kings jest przede wszystkim gwiazdą skandali.

Cousins ma tylko jedną wadę. Ale gigantyczną – charakter. O skali jego boiskowej nonszalancji świadczy liczba strat na mecz – 3,8 straty –  żaden z 55 najlepiej zbierających ligi nie zbliża się nawet do tego niechlubnego osiągnięcia.  Równocześnie żaden z nich nie kradnie 2,1 piłki na mecz, co przy 210 cm wzrostu i 122 kg wagi jest wynikiem imponującym.

Cousinsowi brakuje trenera z charakterem, którego obdarzy szacunkiem.

Lista ciekawych graczy powinna być jeszcze dłuższa. W tym sezonie wyróżniają się bowiem tacy młodzi koszykarze, jak:

Jordan Hill (26 lat, Los Angeles Lakers) – 16,7 ppg, 13,5 rpg, 1,4 bpg

Kennetha Faried (24 lata, Denver Nuggets) – 15,6 ppg, 12,2 rpg, 1,3 bpg

Kosta Koufos (24 lata, Memphis Grizzlies) – 12,8 ppg, 11,9 rpg, 1,8 bpg

Steven Adams (20 lat, Oklahoma City Thunder) – 9,5 ppg, 10,3 rpg, 1,1 bpg

John Henson (23 lata, Milwaukee Bucks) – 15,6 ppg, 10,0 rpg, 2,8 bpg

Część z nich dostała szanse dzięki kontuzjom kolegów (Larry Sanders – Bucks, Marc Gasol – Grizzlies) czy braku rywali do podkoszowych pozycji (Hill w Lakers).

Do wyliczeń wykorzystałem dane z serwisu basketball-reference.com. Zestawienei najlepiej zbierających graczy według przyjętej metodologii wrzucę,  gdy tylko znajdę chwilę na obrobienie .xlsa, by był bardziej czytelny.

Zapraszam do polubienia profilu Fastbreak.pl na Facebooku! Dzięki temu łatwiej dowiecie się o kolejnych wpisach.

METODOLOGIA

Zestawienie opiera się na liczbie zbiórek na 36 minut gry. W celu porównania przyjąłem następujące warunki krańcowe: ok. 60 proc. rozegranych meczy w sezonie (dla 2013-14 – min. to 20, dla 2009-10 – min. to 50), nie mniej niż 15 minut średnio na mecz, powyżej 8,9 zbiórki (tylko wtedy łapie się nieszczęsny John Leuer J ). Takie kryteria spełnia 55 koszykarzy.  31 z nich ma 26 lat lub mniej (stan na 9 stycznia 2014 r.) Gortat jest 47.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Mięsny center

Kilka lat temu rumuński drugoligowiec z Arad sprzedał jednego ze swoich piłkarzy za 15 kg mięsa.  Niedoszła nadzieja Lakersów, dwukrotny mistrz NBA Andrew Bynum znalazł się właśnie w podobnie mało prestiżowej roli.

Bynum w pakiecie z przyszłymi wyborami w drafcie NBA trafił do Chicago Bulls. W zamian, do jego byłego klubu Cleveland Cavaliers, powędrował brytyjski Sudańczyk Luol Deng.

Co prawda w transakcji nie obracano fizycznie mięsem, a przedmiotem rozliczeń były wielomilionowe kontrakty obu graczy, ale Bynum potraktowany został przez oba kluby podobnie, jak zrobili to Rumuni. Tyle, że nie miał on w niej statusu piłkarza, lecz raczejAndrew Bynum przeszedł z Cleveland do Chicago kompensaty w naturze.

Wielka nadzieja czarnych (tych wysokich)

Dla przypomnienia Andrew Bynum jeszcze kilka lat temu uchodził za wielką nadzieję Los Angeles Lakers. Klub z Miasta Aniołów i jego generalny menedżer Mitch Kupchak święcie wierzyli, że będzie z niego drugi Kareem Abdul-Jabbar, a piątka – Fisher, Bryant, Artest, Gasol, Bynum – powtórzy sukces poprzedniej Fab Five: Magica Johnsona, Scotta, Worthy’ego, AC Greena i Jabbara, a szóstego Coopera skutecznie zastąpi Odom. Zdaniem sceptyków ani Lakersi z lat 2008-10, ani Bynum nie sprostali oczekiwaniom. Ale w rzeczywistości – projekt się powiódł – Jeziorowców z lat 2007-10 od osiągnięć ekipy z okresu 1984-88 dzielił tylko jeden mistrzowski pierścień.

Bynuma od Jabbara niestety różniły nie tylko osiągnięcia, ale zwłaszcza organizm, który nie wytrzymywał tak dużych obciążeń. Ostatecznie Lakersi uznali, że lepiej mieć supercentra Dwighta Howarda niż Andrew Bynuma i rozstali się z kontuzjogennym młodzieńcem. Wyszli na tym co prawda, jak Zabłocki na mydle, staczając się niespodziewanie w ligową przeciętność, ale w rzeczywistości nikt na tej „wymianie” nie wyszedł dobrze. Z samym Bynumem włącznie.

Milioner na L4

Po długim leczeniu kolan, Bynum postanowił pewnego listopadowego dnia, będąc jeszcze w trakcie rehabilitacji po poprzedniej kontuzji, zagrać w ulubione kręgle. Kontuzja, której się nabawił, wykluczyła go z gry na kolejny rok. Widocznie, jeśli ma się więcej niż 215 cm, należy ostrożnie toczyć kule. Rozczarowanie Bynuma było zapewne tak samo duże, jak i Philadelphii 76ers, która go zatrudniła płacąc mu 16,9 mln dol. za sezon, w którym nie zagrał on w żadnym meczu.

Trudno jeszcze powiedzieć, czy cała ta historia nauczyła czegoś koszykarza, ale wygląda na to, że niewiele z niej wniosków wyciągnał klub z Philadelphii, który kilka miesięcy temu oddał jednego z najlepszych swoich graczy (o ile nie najlepszego) Jrue Holidaya za młodego centra Kentucky Nerlensa Noela, który w NBA wciąż nie zagrał meczu, bo wciąż jest kontuzjowany.

Z kolei Bynumowi zabawa w kręgle otworzyła prostą drogę do roli mięsa w transakcji wymiennej, która miała miejsce kilka dni temu.

Nadzieja księgowych

Bynum posadę znalazł w ekspresowym tempie. Cleveland Cavaliers zatrudnili go z pensją 12,25 mln dol. rocznie.

Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by uwierzyć, że zespół, który ma całkiem przyzwoitego i walecznego (co w NBA jest wyjątkowo istotne) centra – Brazylijczyka Andersona Varejao, obiecującego zmiennika w postaci Tylera Zellera czy bardzo interesującego młodego skrzydłowego Tristana Thompsona potrzebuje pod koszem Bynuma. Tym bardziej, że o dyspozycji tego ostatniego od ponad 1,5 roku wiadomo niewiele, o ile nie zupełnie nic. Nie przypadkiem Cavs zapisali w kontrakcie możliwość zerwania kontraktu do początku stycznia 2014 r. Cleveland chcieli się wzmocnić, ale wcale nie Bynumem – woleli zdecydowanie kogoś bardziej stabilnego, a najlepiej gwiazdę.  Aby to osiągnąć, potrzebowali obiecującego gracza (niestety na rynku był tylko osobnik obarczony ryzykiem), który będzie miał wysoką pensję. W NBA nie kupuje się w końcu graczy, jak w dość niewolniczym świecie piłkarskiego biznesu, lecz wymienia się ich, a miarą transakcji są ich pensje. Potencjalnego zainteresowanego Bynumem kusić mogły dwa atuty – ciekawy, wciąż młody gracz lub możliwość szybkiego pozbycia się go i drastycznego zmniejszenia płac.  Innymi słowy Bynum był dla nich transakcyjnym mięsem – tyle, że wartym nie 15 kg czystego produktu, ale ponad 12 mln dol. rocznie.

Andrew wędrowniczek

Początkowo Cavs negocjowali z Lakersami. W zamian do Cleveland miał trafić Pau Gasol, były kolega Bynuma z drużyny, jeden z największych graczy w historii hiszpańskiej koszykówki (nad Juanem Carlosa Navarro ma przewagę kilku tytułów mistrza NBA). Trudno powiedzieć, co Lakersów interesowało bardziej – wykorzystanie zapisu w kontrakcie i szybkie pozbycie się Bynuma czy wiara, że wciąż może być on drugim Jabbarem. Zdaniem komentatorów NBA – raczej to pierwsze, choć drużyna z Miasta Aniołów nie może się pochwalić pod koszem większymi atutami poza Gasolem (duet Robert Sacre i Jordan Hill, to zdecydowanie drugi garnitur graczy, a Chris Kaman jest przez trenera D’Antoniego wyjątkowo niechętnie wpuszczany na boisko).

Jakby nie patrzeć do transakcji nie doszło, a Bynum wylądował „za międzą” – bo w Chicago.  Tam też nie jest zbyt potrzebny. Pod koszem rządzi tam Joakim Noah. Bulls wiedzie się w tym sezonie kiepsko. Ich lider, były najlepszy gracz ligi, Derrick Rose znów jest kontuzjowany. Wygląda na to, że Bynum pobędzie w Chicago tylko kilkadziesiąt godzin. Znajdzie szybko nowego pracodawcę. Pytanie tylko, czy będzie to zespół, który naprawdę w niego uwierzy, czy tylko będzie zainteresowany kolejną transakcją z udziałem fana kręgli. Tym razem jednak, Bynum nie może już chyba liczyć na ekstremalnie wysoką pensję. Dla niego nadszedł  czas udowodnienia swojej prawdziwej wartości. Chyba, że pójdzie śladem swego rumuńskiego pierwowzoru, który po mięsnej transakcji poczuł się na tyle obrażony, że odmówił gry w piłkę i w poszukiwaniu pracy fizycznej wyjechał na Zachód. Klub, który za niego zapłacił był chyba nawet bardziej rozczarowany niż Philadelphia 76ers – Bynumem. Przynajmniej tak wynikałoby z wypowiedzi członka jego zarządu:

– Jest nam przykro ponieważ straciliśmy dwukrotnie – po pierwsze nie zagra u nas dobry zawodnik, a po drugie ponieważ straciliśmy tygodniowy zapas żywności dla naszej drużyny – oświadczyły wówczas władze czwarto ligowego regal Horia.

Nam też jest przykro, choć z pobieżnego szacunku wynika, że za 16 mln dol. można wyżywić czwartoligowy rumuński zespół piłkarski przez kolejne 5000 lat. Choć byłaby to, jak na wyczynowy sport, dieta dość uboga w węglowodany.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Warto czekać

Czasami warto czekać. Minęło prawie dwadzieścia lat odkąd, po raz ostatni, Warriors byli faworytami meczu z Lakers. Kibicować przez 20 lat drużynie, która notorycznie stoi na straconej pozycji (co zwykle udowadnia na boisko) jest nieco szalone.

Ale doczekałem się. Go Warriors! I oby tak do finału. Finał konferencji jest w zasięgu. Wreszcie.

I nie sądzę by Curry, Thompson, Iguodala, Lee i Bogut byli gorsi niż Hardaway, Richmond, Mullin, Hill i Lister.

A już na pewno Mark Jackson jest lepszym trenerem niż Don Nelson.

Będzie dobrze.

gsw_musketeers

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Wschód drży w posadach

Ten sezon na Wschodzie NBA może zmienić wszystko. I choć to dopiero pierwsze 11-14 spotkań sezonu, już widać, że układ sił uległ poważnej zmianie.

Deron Williams, lider Brooklyn NetsJak wyglądały ostanie cztery lata na Wschodzie NBA? Był to okres dominacji pięciu zespołów, które w sezonie zasadniczym rządziły i dzieliły. Przyjrzałem się wszystkim drużynom, które w latach 2008-12 zakwalifikowały się do play-offów i czołówka takiego rankingu jest dość prosta i oczywista (według procent zwycięstw):

  1. BOSTON Celtics                   66,0 %
  2. ORLANDO Magic                65,8 %
  3. CHICAGO Bulls                   63,0 %
  4. MIAMI Heat                         62,5 %
  5. ATLANTA Hawks                59,3 %

Jedynym zespołem poza tą piątką, który w tym okresie był na plusie, było Cleveland Cavaliers (52,5 proc.) – oczywiście dzięki dwóm sezonom z LeBronem Jamesem w składzie. Ale tylko wymienione pięć zespołów zawsze miało wynik powyżej 50 proc. i pewny awans do play-offów.

Jeszcze wyraźniej dominację tej piątki obrazuje zestawienie według zajmowanych na koniec sezonu pozycji (dodane miejsca przez cztery sezony, podzielone przez liczbę sezonów) :

  1. MIAMI Heat                         3,5
  2. BOSTON Celtics                  3,5
  3. ORLANDO Magic               3,75
  4. ATLANTA Hawks             4
  5. CHICAGO Bulls                   4,25

Kolejne ekipy w tym rankingu: Cleveland Cavaliers i Indiana Pacers osiągnęły wynik 7,5 – co w praktyce oznacza, że tylko co drugi sezon awansowały do play-offów.

Nadchodzi nowa fala

Jak wygląda ten sezon? Gdyby rozstrzygać po 11-14 rozegranych dotychczas meczach, w play offach nie byłoby ani Chicago Bulls, ani Orlando Magic, a Boston Celtics zajeliby 8 miejsce, odpadając najprawdopodobniej w pierwszej rundzie z Miami Heat (choć nigdy nie wiadomo).

Na pierwszy rzut oka powód wydaje się oczywisty. Drużyny te straciły swoje gwiazdy, albo przez kontuzje, albo przez zmianę barw klubowych – Derrick Rose z Chicago leczy uraz, Dwight Howard zamienił Florydę na Kalifornię, a Ray Allen – wręcz przeciwnie z chłodnego Massachusetts udał się do Miami.

Ale co z tego? Pomijając drużyny Heat i Nets, większość z czołowej ósemki na Wschodzie ma jakieś braki:

New York Knicks (nr 2) grają bez Amare Stoudemire’a i wymienili połowę składu,

Atlanta Hawks (nr 3) pozbyła się najlepszego gracza i strzelca Joe Johnsona i podobnie jak Nowojorczycy wymieniała dość ważnych graczy,

Philadelphia 76ers (nr 7) nie mają już Andre Iguodali i Louisa Williamsa, a ten, który miał poprowadzić drużynę ku świetlanej przyszłości (Andrew Bynum) w tym roku już na pewno nie zagra,

Charlotte Bobcats (nr 5) byli w zeszłym sezonie najgorszą drużyną w historii NBA. A w tym i tak grają bez swojego lidera z zeszłego sezonu Geralda Hendersona czy Coreya Magette. Ich główny rozgrywający DJ Augustin trafił do Indiany.

Najbardziej stabilni są Milwaukee Bucks (nr 6), gdzie już w zeszłym sezonie niedoceniany, a moim zdaniem jeden z najlepszych rzucających obrońców NBA, Monta Ellis, zastąpił wiecznie kontuzjowanego Andrew Boguta. Co ciekawe obie strony tej transakcji (Bucks i Warriors) wyśli na tym nieźle – Ellis ciągnie Bucks do przodu, a Warriors bez Ellisa (i kontuzjowanego Boguta) wreszcie zaczęli bronić.

Starzy liderzy do odstawki

Tak drastycznej wymiany czołówki wschodniej konferencji nie widzieliśmy od lat. Czy to zmiana trwała? Na to się zanosi.

Orlando Magic Dwighta, pod wodzą chimerycznego Jameera Nelsona nie jest już tą drużyną co kiedyś. Na dodatek zniknęli obiecujący Ryan Anderson i weteran Jason Richardson.

Chicago Bulls, nawet uwzględniając brak Rose’a, gra po prostu słabo. Do indolencji multimilionera Carlosa Boozera można się jakoś przyzwyczaić, ale taki Joakim Noah ma jeden z najgorszych sezonów w karierze pod względem zbiórek, bloków i skuteczności z gry. Jeśli do tego dołożymy pozbycie się na prawdę wartościowych zmienników – CJ Watsona, Kyle’a Korvera i Omera Asika (świetnie mu idzie w Houston), trudno znaleźć argumenty, by Chicago miało jakieś większe szanse być w Top 4 swojej konferencji.

Boston Celtics jest na etapie przebudowy. Odejście Allena nie jest wcale taką tragedią (w końcu przyszedł „Jet” Terry), ale wygląda na to, że bez odmłodzenia Celtowie też będą mieli kłopoty z miejscem w Top 4.

Nawet gdyby drużyny te wykorzystały swój potencjał maksymalnie, na horyzoncie pojawili się nowi, silni rywale – New York Knicks i Brooklyn Nets. To oni teraz dołączą do Miami Heat w czołówce konferencji. Tą czwartą ekipą teoretycznie powinna być Atlanta, Joe Johnsona i Kirka Hinricha na obwodzie zastąpili Lou Williams, Kyle Korver, Anthony Morrow i Devin Harris, a Anthony Tolliver jest równie dobrym graczem co Marvin Williams – choć zdecydowanie niedocenionym.

Ciekawe drużyny mają w Milwaukee i Cleveland – ale Ci ostatni nie pokazują jeszcze gry na miarę swoich możliwości.

Jakby na to nie patrzeć, wbrew tytułowi książki Ericha Marii Remarque’a – na Wschodzie ciągłe zmiany. Do lutego powinny się z nich wyłonić drużyny, które przez następne kilka lat, mogą rządzić w NBA. Warto to obserwować. Choćby dlatego, że przetasowanie sił oznacza często pojawienie się nowych gwiazd. A oglądanie jest tym, co najbardziej ekscytujące.

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Czy odsiecz pomoże Lakersom?

Wszystko odbyło się jak na przyspieszonym filmie: fatalny bilans spotkań przedsezonowych (0-8) i równie słabe pierwsze pięć meczów sezonu, w których Los Angeles Lakers wygrali tylko raz – Mike Brown, coach Jeziorowców pożegnał się ze stanowiskiem. I gdy wydawało się, że na fotel trenerski LA Lakers powróci Phil Jackson, trener legenda, nowym szkoleniowcem drużyny z Miasta Aniołów został Mike D’Antoni.

Steve Nash i Mike D'AntoniPhil Jackson nie dość, że chciał za dużo pieniędzy, to jeszcze (z powodów zdrowotnych) nie chciał brać udziału w części z wyjazdowych meczów swojej drużyny. Fajnie byłoby, zobaczyć znów opanowanego Jaxa na ławce Lakersów, ale trener za 10 milionów dolarów rocznie, którego nie ma na jednej trzeciej spotkań drużyny? To chyba przesada. Nic więc dziwnego, że Lakersi postawili na kogoś innego.

Czy były coach Phoenix Suns i New York Knicks – Mike D’Antoni – poprowadzi ekipę z LA do zwycięskiego finału? Bo w końcu o to chodzi duetowi Jerry Buss-Mitch Kupchak, którzy go zatrudnili.
Oto kilka ZA i jeszcze więcej PRZECIW:

UDA MU SIĘ
1. Trudno znaleźć duet, który łączy większa chemia niż Steve Nash i Mike D’Antoni. Suns dokonali za panowania obu Panów (jednego na boisku, a drugiego na ławce trenerskiej) prawie tyle samo, co w najbardziej chlubnym okresie klubu z Phoenix – czyli za czasów Barkleya, Majerle czy KJ-a. Teraz znów są razem.

2. D’Antoni to trener, który nie doprowadza do wielkich konfliktów w drużynie. Dokładna odwrotność wymienianego wśród kandydatów do fuchy w LA – Stana Van Gundy. A w kalejdoskopie gwiazd trzeba umieć zadowolić każdą. D’Antoniemu do tego najbliżej.

DA CIAŁA
1. Drużyny D’Antoniego to mistrzowie run’n’gun, gdzie akcje trwają po 7 sekund. Do tego trzeba mieć siły i szybkich koszykarzy. Zajrzyjmy więc do metryk:
Nash – 38 lat, Jamison – 36 lat, Bryant – 34 lata, Artest – 33 lata, Blake – 32 lata, Gasol – 32 lata

Czy Panowie dadzą radę? Nie sądzę. Chyba, że nie będzie run’n’gun.

2. Argument jak powyżej – wymarzonym systemem gry D’Antoniego jest gra niskim, szybkim składem (small ball). A żeby „run” miał odpowiedni „gun” potrzeba dobrych strzelców obwodowych. A tu – oprócz Bryanta i Nasha oraz od biedy Blake’a (choć to facet który jednego dnia może mieć dzień konia, a drugiego należy go jak najszybciej zdjąć) – jest raczej słabo.

Zresztą w LA w tym sezonei dzieje się coś dziwnego – całkiem przyzwoici strzelcy dystansowi – Blake, Jamison i zwłaszcza Meeks są cieniem samych siebie.

3. Jeśli small ball, to po co Lakersom Dwight Howard i Pau Gasol? Czyżby kultura pick’n’rolla i gry insi de-ouside? A co wtedy z Bryantem? Idąc za słowotwórstwem redaktora Michałowicza (pozdrawiam) – czyżby Kobie miał sobie w tym sezonie „niepopenetrować”? Ci, którzy trochę meczów Lakers widzieli, wiedzą, że Bryant jednego dnia potrafi zagrać jak Jordan w najlepszych latach, a innego grać prawie przeciwko własnej drużynie. Frustracja mu widać nei służy. A taka sytuacja może go trochę wyprowadzić z równowagi.

4. Jeśli D’Antoni zaufa Nashowi i to na nim oprze grę – co jest bardzo prawdopodobne – ego Kobe Bryanta mocno ucierpi. Dwóch liderów to o jednego za dużo.

5. I argument nie mający nic wspólnego z D’Antonim. Koszykówka to gra zespołowa. Nie wygrywają w niej zespoły złożone z samych gwiazd. Lecz te, którym uda się zbilansować gwiazdorstwo z ekipą od czarnej roboty. Nawet Heat i Celtics – ze ich tercetami supergwiazd – zajęło chwilę zanim udało się znaleźć równowagę między gwiazdorstwem, a zadani owcami.

Lakers nie wyglądają na drużynę zrównoważoną. Pięć dużych ego nie wspiera doskonała ławka (choć osobiście prze lata byłem fanem Antawna Jamisona). To wygląda dobrze tylko na papierze – na boisku Meeks, Blake, Jamison i Hill – wypadają blado.
Przygoda w Knicks pokazała, że D’Antoni ma kłopot z bilansowaniem drużyny. Co nie znaczy, że można go przekreślać.

No i na koniec całkowicie spóźniona rekomendacja – na miejscu Panów Bussa i Kupchaka postawiłbym na Nate’a McMillana. Jego Blazersi byli naprawdę świetną drużyną. Choć bez wielkich sukcesów. Może to zadecydowało?

A oto, co Nash sądzi o D’Antonim – w swobodnym wywiadzie sprzed pół roku:

1 komentarz

Filed under NBA

Kobe Bryant stawia czoła złemu

Pomysłów na teksty mam więcej niż czasu na ich pisanie. Zanim zrealizuje kolejny, choć minęły już prawie trzy tygodnie, deser, a właściwie przystawka. Robert Rodriguez reżyseruje Kobe Bryanta. Reklama, ale za to JAKA!

Dodaj komentarz

Filed under NBA