Tydzień wielkich wymian

W ciągu zaledwie trzech dni 41 koszykarzy NBA zmieniło barwy klubowe. Kto najwięcej zyskał podczas wielkiej karuzeli transferowej? Subiektywne podsumowanie największych transakcji.

1. Carmelo Anthony w New York Knicks

Nawet jeśli o odejściu Melo z Nuggets mówiło się od miesięcy i na koniec i tak wylądował tam, gdzie powszechnie oczekiwano, to nic nie przebije wielkiej wymiany Nowy Jork-Denver. Dzięki niej na Wschodzie rodzi się nowy pretendent do tytułu. Jakby było ich tam już teraz mało. Najciekawsze, że obaj trenerzy George Karl z Denver i Mike D’Antoni z Nowego Jorku nie kryją niezadowolenia z wymiany. Przyjdzie im z tym żyć. Ale, że o transakcji rozpisywałem się już wcześniej, analizę można znaleźć tutaj: Byle wrócić do Nowego Jorku

Na osłodę video odpowiadające na pytanie: Dlaczego warto mieć w swojej drużynie Anthony’ego?

2. Deron Williams w New Jersey Nets

Największa transakcyjna niespodzianka sezonu. Dwukrotny uczestnik meczów gwiazd, reprezentant USA, trzeci podający całej ligi (9,7 asysty na mecz; tylko za Rondo i Nashem), szesnasty strzelec NBA (21,3 pkt na mecz) i bezapelacyjny lider Utah Jazz został oddany do jednej z gorszych drużyn ligi, która jeszcze w ubiegłym sezonie była bliska ustanowienia smutnego rekordu i zostania najgorszą ekipą w historii NBA.

Nie dość, że pogłoski o transakcji nie wyciekły do prasy czy dużych portali sportowych, to nie spodziewał się tego nawet sam Deron Williams. Nets zrobili dobry interes. Jak dobry można zarówno opisać, jak i pokazać:

D-Will to gwiazda, lider, silna osobowość, która potrafi prowadzić drużynę, nawet pełną tylko boiskowych walczaków do Playoffs, czyli miejsca, w którym Nets nie byli od czterech lat. Ale wtedy mieli Trzech Muszkieterów – Jasona Kidda, Vince’a Cartera i Richarda Jeffersona.

W zamian Jazz dostali Devina Harrisa, niezłego rozgrywającego (choć bliżej mu do tzw combo guarda), którego kariera nie rozwija się na miarę możliwości (w New Jersey miał być liderem, w Dallas pierwszym rozgrywającym drużyny z mistrzowskimi aspiracjami) oraz Derricka Favorsa, trzeci numer ubiegłorozego draftu, 19-letniego silnego skrzydłowego, któremu przepowiadana jest wielka kariera, choć na razie nie staje na wysokości zadania. Ale podobnie było z 19-letnim Kevinem Garnettem po przyjściu do NBA w 1995 roku. Do tego Jazz dostali dwa wybory w pierwszej rundzie draftów 2011 i 2012.

Na pierwszy rzut oka więcej na transakcji zyskają New Jersey Nets. Solidny zespół z wielką gwiazdą w składzie.

Jazz z kolei postawili na przyszłość. Po odejściu trenera Sloana, Carlosa Boozera do Bulls i teraz Derona Williamsa do Bulls, wyprzedali najcenniejsze aktywa i weszli w czasy wielkiej przebudowy. I choć jeszcze kilka tygodni temu byli na 5 miejscu na Zachodzie (teraz na 8 ) ich szanse na wejście do playoffs są niewielkie. Ani w tym, ani w przyszłym roku. Ale kto wie może przyszłość należy do nich?

3. Gerald Wallace w Portland Trail Blazers

Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka wymiana Celtics-Thunder, wygląda na ciekawszą. Tyle, że tam choć w grę wchodzą wielkie nazwiska nikt nie wzmocnił się tak, jak Blazers ściągając do siebie Geralda Wallace’a. Choćby dlatego:

Wiecznie kontuzjowany center Joel Przybilla, weteran i były gracz Śląska Wrocław Sean Marks i utalentowany zadaniowiec Dante Cunnigham to niewiele za gracza formatu Wallace’a. Może więc Charlotte Bobcats, oddając jednego z dwóch liderów drużyny, podobnie jak Jazz myślą głównie o przyszłości? Wtedy dwa wybory w pierwszej rundzie draftu, które dostali od Portland mają sens. Tyle, że Blazers pewnie znajdą się w playoffs, więc Bobcats co najwyżej będą mogli wybierać wśród drugiej pietnastki nadziei NBA.

Inna sprawa, że Wallace rozgrywa jeden z najgorszych sezonów od siedmiu lat, gdy trafił do Bobcats z Sacramento Kings. Może być go trudno wkomponować w drużynę, w której nie brakuje niskich skrzydłowych, brakuje za to graczy podkoszowych. Chyba, że Blazers będą chcieli grać „niskim” składem – bez centra. Co i tak się im ostatnio często zdarzało.

4. Kendrick Perkins i Nate Robinson w Oklahoma City Thunder.

Choć Boston Celtics dostali w zamian Jeffa Greena i centra Nenada Krsticia, więc na papierze mogłoby wyglądać, że to oni na tym najwięcej zyskają (Green to doskonały zawodnik, potrafiący właściwie wszystko), to w obecnym układzie personalnym Bostonu trudno wkomponować nowe nabytki. Thunder zyskują za to porządnego centra, którego im brakowało i widowiskowego rozgrywającego o wzroście ok. 170 cm (w oficjalne 177 cm nie wierzę) . Oto co stracili:

Ale a to zyskali tego pana, o którym śmiem twierdzić, że jest lepszy od wspomnianego wcześniej Geralda Wallace’a:

5. Kirk Hinrich w Atlanta Hawks

Dlaczego nie Brooks w Suns albo Williams w Clippers? Bo Hinrich to moim zdaniem jeden z najlepszych i równocześnie najbardziej niedocenianych rozgrywających NBA. Ciąży jednak nad nim fatum pierwszych numerów draftu. Bulls oddali go rok temu do Wizards, bo spadł im z nieba nr 1 draftu Derrick Rose (dziś kandydat do tytułu MVP). Wizards oddali go do Hawks, bo zupełnie niespodziewanie wylosowali nr 1 draftu a wraz z nim Johna Walla (kandydat na drugiego… Derricka Rose’a).

Do Hawks trafił też wiotki center Hilton Armstrong (przegrywał rywalizację z Javalee McGee). W drugą stronę powędrowali rozgrywający Mike Bibby (podstarzała nadzieja na drugiego Jasona Kidda) oraz Jordan Crawford i Maurice Evans (solidny niski skrzydłowy). Hawks oddali też numer w pierwszej rundzie draftu.

Dla Hawks ta wymiana ma więcej sensu niż dla Wizards. Hinrich to świetny rozgrywający, myślący, który potrafi wkomponować się w drużynę, podawać, rzucać za trzy – czyli gwarantuje stabilizację na parkiecie, której Bibby nie dawał. Pod koszem, po tym jak Al Horford „przebranżowił” się z centra na silnego skrzydłowego, spychając Marvina Williamsa na ławkę, Hawks mieli dziurę oraz Zazę Pachulię, a na drugim planie mięso armatnie: Jasona Collinsa, Josha Powella i Etana Thomasa. Armstrong to przynajmniej jakaś alternatywa dla Pachulii.

A Bibby skazany jest chyba na emeryturę na ławce i statystowanie młodym wilczkom takim jak – Nick Young i John Wall.

Story of Kirk Hinrich:

6. Mo Williams w Los Angeles Clippers – Baron Davis w Cleveland Cavaliers

Nie wiem, kto na tym zyska więcej. Uważam jednak, że Davis to lepszy koszykarz, który trafi do drużyny lepszego trenera (Byron Scott), której na dodatek na Wschodzie NBA kibicuje. 🙂

Problem w tym, że Cleveland Cavaliers to obecnie najgorsza drużyna w NBA (w poprzednim sezonie dla odmiany najlepsza), a zarówno Davis, jak i Williams grają fatalnie. W przypadku Davisa to najgorszy sezon od 10 lat, a Williamsa od 5 lat.

Dla osłody pozostaje nadzieja na lepszą przyszłość i wspomnienie jak grali niegdyś:

Szkoda Baron, że zwiałeś z Golden State.

Nie wiem czy wymiana kogokolwiek wzmocni – a języczkiem uwagi może być wybór w pierwszej rundzie draftu, który trafił do Cleveland. Clippers raczej w playoff nie zagoszczą, więc może byćto cąłkiem wysoki wybór i całkiem niezły zawodnik. Clippers dostali jeszcze Jamario Moona, ale ten najlepsze lata przeżywał w Toronto Raptors. W Cavs był już cieniem samego siebie. Może w Clippers odżyje, bo drużyna z LA cierpi na chroniczny brak dobrego niskiego skrzydłowego (rywalizacja między Rasualem Butlerem, Ryanem Gomesem i rookie Al Farouq Aminu).

7. Aaron Brooks w Phoenix Suns

Suns ubili dobry interes – za kieszonkowego, przyszłościowego koszykarza, który w playoffach udowodnił już, że potrafi być liderem drużyny, oddali chimerycznego rozgrywającego Gorana Dragicia, który zamiast robić postępy, wyraźnie się w tym sezonie cofa. I żadnym usprawiedliwieniem nie są dwa-trzy dobre mecze z poprzednich playoffs.

Wymiana Suns-Rockets to teżsygnał, że w Phoenix myślą już na poważnie jak zastąpić Steve’a Nasha. Nie zdziwiłbym się, gdyby Nash dograł do końca kontraktu i zawiesił trampki na kołku. A kontrakt kończy mu się za rok. W najczarniejszym scenariuszu, jeśli w NBA dojdzie do lokautu, i kibicom i Marcinowi Gortatowi zostało zaledwie kilkadziesiąt ostatnich meczów Nasha do obejrzenia. Oby był to tylko pesymizm.

A oto, co potrafi chłopak o twarzy Chrisa Rocka – czyli Aaron Brooks:

8. Hasheem Thabeet w Houston Rockets – Shane Battier w Memphis Grizzlies

Można się sprzeczać, kto na tej transakcji więcej zyska. Shane Battier to gracza bardziej znany – ceniony obrońca, kapitan Rockets i podobno niezrównany kumpel w szatni. Hasheem Thabeet to niby drugi numer draftu 2009 roku (tuż za Blake’iem Griffinem), ale na boisku nie zwykł tego pokazywać. Tyle, że Rockets, po kontuzji Yao Minga (nie wiadomo, czy nie zakończy ona jego kariery), nie za bardzo ma kogo wystawiać na centrze. Brad Miller zbliża się do emerytury, Jordan Hill nie pokazuje umiejętności pierwszego centra, więc pozostaje Chucky Hayes, który co prawda walczy i przepycha się pod koszem, ale ma zaledwie 198 cm wzrostu (co znając amerykański sposób mierzenia oznacza ok. 195 cm). Houston Rockets mogli więc rywalizować z Anwilem Włocławek (Eric Hicks) w kategorii najniższy center w profesjonalnej koszykówce.

Thabeet ma talent. Teraz ma jeszcze miejsce, by dostać minuty gry i go pokazać. Battier w Memphis się przyda – choćby po to, by kryć najgroźniejszych zawodników przeciwnika i luzować gwiazdę Grizzlies Rudy Gaya.

Na deser w transakcji znaleźli się młody rozgrywający Ishmael Smith (do Grizzlies) i wysoki skrzydłowy DeMarre Carroll (do Rockets).

Kto Waszym zdaniem najwięcej zyskał dzięki transferom? Odpowiedźcie sami w zakładce SONDY


Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under NBA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s